 |
Izabela Fietkiewicz-Paszek "Lipiec na Białorusi"/ Zaułek Wydawniczy Pomyłka
|
Nie
uwierzę, że „Lipiec na Białorusi” Izabeli Fietkiewicz-Paszek trafił do mnie
przez przypadek, bo wszystko ma swoją praprzyczynę. A ponieważ trudno mi w tej
chwili odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało, postaram się chociaż dowiedzieć
po co.
 |
Fragment recenzji Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem" tomiku "Lipiec na Białorusi" opublikowanej w Kwartalniku Literackim "WYSPA" nr 3/2020
|
Nad wyraz powściągliwa okładka,
której nieskazitelną biel łamie tylko tytuł i dane autorki oraz powtórzona w
ciągu ta sama podstarzała fotografia rodzinna w wersji od najwyraźniejszej poprzez
ujęcia coraz bardziej spłowiałe aż do karty absolutnie białej. W środku na
kontrastowo śnieżnym papierze (przypominającym rażącą biel pościeli, którą moja
babcia najpierw pieczołowicie prała, a następnie z trudem bieliła i krochmaliła)
Fietkiewicz-Paszek przygotowała materiały – wiersze i zdjęcia w czarno-białej, odpowiednio
wycieniowanej, tonacji. Wyruszamy na wyprawę. Jest lipiec 2018. Jedziemy na
Białoruś.
Nic nie dzieje się bez przyczyny. By
mógł wydarzyć się lipiec 2018, najpierw musi zaistnieć rok 1925, czyli tzw.
pierwszy zalążek. Zestaw zatytułowany „Kamionka, rok 1925” to komplet
składający się ze zdjęcia i poetyckiego dopełnienia, z którego dowiadujemy się,
że fotografia przedstawia trzy siostry, a najmłodsza to przyszła babcia
autorki.
By mógł wydarzyć się lipiec 2018,
najpierw musi zaistnieć rok 1952, czyli tzw. drugi zaczątek. „Stare Siedlisko,
rok 1952” – ponownie komplet i ponownie fotografia z wierszem. Tym razem
dowiadujemy się, że na zdjęciu widnieje ojciec autorki wraz z częścią rodziny,
która po tym, jak w wyniku wojennej zawieruchy jej ojczyste ziemie przypadły
Białorusi, osiedliła się w Polsce.
 |
Fragment recenzji Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem" tomiku "Lipiec na Białorusi" opublikowanej w Kwartalniku Literackim "WYSPA" nr 3/2020
|
W „Lipcu na Białorusi” czas i miejsce
(zdefiniowane już w samym tytule) to dominujące, lecz nie jedyne toposy, które Fietkiewicz-Paszek
wykorzystuje, by odtworzyć i zachować pamięć. Zarówno pamięć ogólnohistoryczną,
jak i tę rodzinną.
Autorka wybiera się w drogę, wybiera się
w podróż. Cel – Białoruś. Zanim zostanie osiągnięty, należy opuścić jedno
miejsce i pojawić się w innym. Faktyczna granica z odprawą i mundurami rozdziela
nie tylko teren, rozdziela też czas. Ale nie daj się zwieść, turysto, bo choć dostaniesz
bonus na rogatkach w postaci jednej godziny, to rozglądając się wokół, faktycznie
cofniesz się o ładnych kilkadziesiąt lat. Jedziemy. Kolejna miejscowość –
Grodno. Przystanek. Znowu jedziemy – Mińsk. Przystanek. I kolejna, i kolejna…
Stare Wasiliszki, Nowogródek. Typowa objazdówka. Droga wije się jak Niemen, podobnie
mija czas. Następny dzień podróży. Wycieczka ma się ku końcowi. Na granicy te
same czynności – kontrola, dokumenty, zwrot jednej godziny, którą dostaliśmy
niby w prezencie, a teraz pora ją oddać jak kaucję za wrażenia.
Fietkiewicz-Paszek nie jest zwykłą turystką.
Owszem są fotografie, są zabytki, ale wydaje się, że nie o samo zwiedzanie tu
idzie, a o eksplorowanie w czasie. Jednak czas dla autorki to nie tylko
wielkość liniowa odmierzana na osi odciętych, to także oś rzędnych, która
zagłębiając się do środka miejsca, przecina kolejne momenty z nim związane.
Widziany świat nigdy nie jest pełny i kompletny, dlatego „Lipiec na Białorusi”
otwiera tunele czasowe, by postrzegany obraz uzupełnić o brakujące fragmenty,
by je wyłuskać, by je nazwać, pokazać i przeżyć emocje im towarzyszące.
Bo u Fietkiewicz-Paszek miejsce stoi w
czasie, a czas, choć nie stoi w miejscu, to jednak jest w nim zamknięty. Poetka
posługuje się słowem jak łyżką i wydrąża z każdej odwiedzonej przestrzeni
kolejne cząstki epok. Zeskrobuje warstwy, odczytuje minione wydarzenia, jakby
ściągała kolejne powłoki z palimpsestu, bo „pod powierzchnią splatają się
historie”*) i choć może „strach zaglądać do zburzonych studni”*)
czy „podważać topniejący asfalt”*), to jednak autorka w ten sposób
odkrywa prawdę zapisaną na murach, na pokruszonych macewach, na przetrąconych
gzymsach. Wybiera konkretne epizody (sięga do legend, przytacza średniowieczne
zdarzenia, przywołuje romantyczne porywy) i to one pozwalają scalać fragmenty historii
społeczności odmiennych religii (katolicyzm, prawosławie, islam, judaizm) czy
fragmenty opowieści o ludziach różnych narodowości (Białorusini, Litwini,
Polacy, Żydzi, Tatarzy, Niemcy). Ale Fietkiewicz-Paszek nie tylko po poznanie
historii regionu tu przyjechała. Przyjechała przede wszystkim poznać historię
swojej rodziny, babci, ojca, swoją własną. Dlatego kulminacyjny moment zbiorku
stanowi „Nocny Mińsk z Witalikiem” – jej krewnym. I okazuje się, że to, co do
tej pory murem, polityką i „kreską na mapie”*) zostało podzielone,
łączy „krew (…) i strach (…) dziadków”*).
Oprócz rodzinnej kulminacji jest jeszcze
jeden moment szczytowy w tomiku. To Trościeniec. Temu miejscu z jego
wstrząsającą przeszłością autorka poświęciła aż trzy utwory. To historia
długich lat wojennej zagłady. Historia losów wielu bezimiennych, którzy zalegają
w dołach, a teraz obchodzimy opustoszałe uroczysko i przeżywamy chwile tragedii
zaledwie w kwadrans. Czy czas jest sprawiedliwy?
W jaki sposób autorka dokonuje wypraw w
czasie, widać chyba najwyraźniej w utworze pt. „Niamiha”. Jako jeden z wielu został
opatrzony przypisem autorki (jakby nie wierzyła w wiedzę czytelnika),
naświetlającym dzieje tego miejsca. Tu Fietkiewicz-Paszek wędruje od pokłosia poprzez
kolejne etapy historii do konkretnego wydarzenia, jakim była katastrofa w
metrze, gdzie na skutek paniki wywołanej burzą zginęli ludzie. Autorka znowu
posługując się czasem, przesuwając go wstecz jak suwak na pulpicie, sięga
jeszcze głębiej aż do pośrednich przyczyn dramatu i wraz z rzeką Niamihą
dociera do źródeł wcześniejszych zdarzeń.
U Fietkiewicz-Paszek droga prowadzi nie
tylko do celu, to także droga poznania świata, historii, losów rodziny i
przemiany samej siebie, ale też linia podziału, która przebiega między tu a tam.
To ta jakże mała, ale brzemienna w skutkach, „kreska na mapie”*) rozdziela,
rozgranicza i stwarza podziały między ludźmi, między rodzinami. Dlatego poetka
tak eksponuje mosty, połączenia i „wspólny nurt”*), by wiązały, scalały
i usuwały przepaście.
Twórczyni „Lipca na Białorusi” posługuje
się obrazami, tymi z fotografii i tymi ze swoich wierszy. Zatrzymany w kadrze,
uchwycony w słowach widok ma zwolnić spust wyobraźni odbiorcy. Jest zaledwie
fragmentem w ogromie nagromadzonych pod kolejnymi warstwami czasu historii. U
autorki nie tyle istotne jest to, co sama pokazała, a to, co chcemy i jesteśmy
w stanie spomiędzy okruchów czasu i miejsc odkryć, poczuć, przeżyć.
 |
Fragment recenzji Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem" tomiku "Lipiec na Białorusi" opublikowanej w Kwartalniku Literackim "WYSPA" nr 3/2020
|
W tomiku dominuje wiersz wolny, biały, z
niewielkimi wyjątkami zakończony podsumowującym dwuwersem, w którym jak w
pigułce autorka próbuje skondensować przekaz. Konstrukcyjnie odmienne są
„Kamionka, rok 1925” i „Stare Siedlisko, rok 1952”, w których zaznaczono strofy
i które klamrą niczym okładka albumu spinają wrażenia z lipcowego wyjazdu poetki
na Białoruś. Lecz nawet ta klamra jest rozszczepiona przez miejsca i czas, przy
czym tylko autorka wie na pewno, czy cyfry 2 i 5 zamieniła miejscami celowo,
czy tylko los tak sprawił.
Nie uwierzę, że „Lipiec na Białorusi”
przyszedł do mnie przez przypadek. Przyszedł do mnie, bo kilkanaście lat temu
sama dokonywałam podobnych poszukiwań na Litwie, Ukrainie i we wschodniej
Polsce. Ten tomik przyszedł do mnie, by sprawdzić moją pamięć. Miejsca i czas
to świadectwa, to ślady, które niejedno przetrwały i niejednych jeszcze zdarzeń
będą uczestnikiem. Jednak to ludzie napełniają je pamięcią, która „dzieje się
od zawsze, dzieje się wszędzie”*). Pamięć historyczna, pamięć
zbiorowa i pamięć jednostki nie zawsze są tożsame. Ta ostatnia najmocniej wywołuje
ścisk w żołądku, napięcie na skórze i suchość w gardle, sprawia, że pocą się
dłonie i wilgotnieją powieki. Ta ostatnia wywołuje niemo samotny niepokój. Niepokój
zakorzeniony w przeszłości, lecz patrzący szeroko rozwartymi oczami w przyszłość.
Jeśli zagubi się pamięć współczesnej jednostki, jeśli zanikną wibracje łączące ją
ze źródłem, może zatrzeć się też pamięć zbiorowa i historyczna. Właśnie po to
przyszedł do mnie „Lipiec na Białorusi”. Bym pamiętała.
Za egzemplarz tomiku pt. „Lipiec na
Białorusi” dziękuję autorce.
Recenzja autorstwa Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem" tomiku pt. "Lipiec na Białorusi" Izabeli Fietkiewicz-Paszek ukazała się w Kwartalniku Literackim "WYSPA" nr 3/2020.