DUSZKIEM POLECANE

ZAPOWIEDŹ - Grażyna Krynicka "Pisanie po ścianie" z Wydawnictwa Psychoskok

Grażyna Krynicka "Pisanie po ścianie"/ Wydawnictwo Psychoskok Osobiste refleksje autorki na temat tego, co w życiu najważniejsze...

czwartek, 22 października 2020

ZAPOWIEDŹ - Grażyna Krynicka "Pisanie po ścianie" z Wydawnictwa Psychoskok

Na szarej ścianie kolorowy napis "Pisanie po ścianie"
Grażyna Krynicka "Pisanie po ścianie"/
Wydawnictwo Psychoskok


Osobiste refleksje autorki na temat tego, co w życiu najważniejsze. Wyrosły z przyglądania się życiu, jego zagadkom i tajemnicom. Czasami zmuszają do myślenia, niejednokrotnie wzruszą, a nieraz rozbawią. Autorka przyznaje, że pisanie jest dla niej opowiadaniem zdziwienia nad wszystkim, co ją otacza. „Nic tu nie jest tak oczywiste, jak się pozornie zdaje. I wszystko jest godne uwagi, nawet to, co najbardziej błahe”.

Przewidywana data premiery: 4 listopada 2020 r.

 

Wydawca: PSYCHOSKOK

Kategoria: opowiadania, refleksje

IBSN: 978-83-8119-686-4

EAN: 978-83-8119-686-4

Ilość stron: 161

Format: 148 x 210

Oprawa miękka

Prognozowana cena detaliczna: 23,00 zł

 

 

 

środa, 21 października 2020

Izabela Fietkiewicz-Paszek "Lipiec na Białorusi" z Zaułka Wydawniczego Pomyłka

Tomik "Lipiec na Białorusi" Izabeli Fietkiewicz-Paszek leży na stole wśród rozsypanych starych czarno-białych fotografii, obok stoi biały imbryk z delikatnym kwiatowym wzorem.
Izabela Fietkiewicz-Paszek
"Lipiec na Białorusi"/
Zaułek Wydawniczy Pomyłka


Nie uwierzę, że „Lipiec na Białorusi” Izabeli Fietkiewicz-Paszek trafił do mnie przez przypadek, bo wszystko ma swoją praprzyczynę. A ponieważ trudno mi w tej chwili odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało, postaram się chociaż dowiedzieć po co. 

Fragment recenzji Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem" tomiku "Lipiec na Białorusi" opublikowanej w Kwartalniku Literackim "WYSPA" nr 3/2020
Fragment recenzji Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem"
tomiku "Lipiec na Białorusi"
opublikowanej w Kwartalniku Literackim "WYSPA"
nr 3/2020

            Nad wyraz powściągliwa okładka, której nieskazitelną biel łamie tylko tytuł i dane autorki oraz powtórzona w ciągu ta sama podstarzała fotografia rodzinna w wersji od najwyraźniejszej poprzez ujęcia coraz bardziej spłowiałe aż do karty absolutnie białej. W środku na kontrastowo śnieżnym papierze (przypominającym rażącą biel pościeli, którą moja babcia najpierw pieczołowicie prała, a następnie z trudem bieliła i krochmaliła) Fietkiewicz-Paszek przygotowała materiały – wiersze i zdjęcia w czarno-białej, odpowiednio wycieniowanej, tonacji. Wyruszamy na wyprawę. Jest lipiec 2018. Jedziemy na Białoruś.

Nic nie dzieje się bez przyczyny. By mógł wydarzyć się lipiec 2018, najpierw musi zaistnieć rok 1925, czyli tzw. pierwszy zalążek. Zestaw zatytułowany „Kamionka, rok 1925” to komplet składający się ze zdjęcia i poetyckiego dopełnienia, z którego dowiadujemy się, że fotografia przedstawia trzy siostry, a najmłodsza to przyszła babcia autorki.

By mógł wydarzyć się lipiec 2018, najpierw musi zaistnieć rok 1952, czyli tzw. drugi zaczątek. „Stare Siedlisko, rok 1952” – ponownie komplet i ponownie fotografia z wierszem. Tym razem dowiadujemy się, że na zdjęciu widnieje ojciec autorki wraz z częścią rodziny, która po tym, jak w wyniku wojennej zawieruchy jej ojczyste ziemie przypadły Białorusi, osiedliła się w Polsce. 

Fragment recenzji Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem" tomiku "Lipiec na Białorusi" opublikowanej w Kwartalniku Literackim "WYSPA" nr 3/2020
Fragment recenzji Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem"
tomiku "Lipiec na Białorusi"
opublikowanej w Kwartalniku Literackim "WYSPA"
nr 3/2020

W „Lipcu na Białorusi” czas i miejsce (zdefiniowane już w samym tytule) to dominujące, lecz nie jedyne toposy, które Fietkiewicz-Paszek wykorzystuje, by odtworzyć i zachować pamięć. Zarówno pamięć ogólnohistoryczną, jak i tę rodzinną.

Autorka wybiera się w drogę, wybiera się w podróż. Cel – Białoruś. Zanim zostanie osiągnięty, należy opuścić jedno miejsce i pojawić się w innym. Faktyczna granica z odprawą i mundurami rozdziela nie tylko teren, rozdziela też czas. Ale nie daj się zwieść, turysto, bo choć dostaniesz bonus na rogatkach w postaci jednej godziny, to rozglądając się wokół, faktycznie cofniesz się o ładnych kilkadziesiąt lat. Jedziemy. Kolejna miejscowość – Grodno. Przystanek. Znowu jedziemy – Mińsk. Przystanek. I kolejna, i kolejna… Stare Wasiliszki, Nowogródek. Typowa objazdówka. Droga wije się jak Niemen, podobnie mija czas. Następny dzień podróży. Wycieczka ma się ku końcowi. Na granicy te same czynności – kontrola, dokumenty, zwrot jednej godziny, którą dostaliśmy niby w prezencie, a teraz pora ją oddać jak kaucję za wrażenia.

Fietkiewicz-Paszek nie jest zwykłą turystką. Owszem są fotografie, są zabytki, ale wydaje się, że nie o samo zwiedzanie tu idzie, a o eksplorowanie w czasie. Jednak czas dla autorki to nie tylko wielkość liniowa odmierzana na osi odciętych, to także oś rzędnych, która zagłębiając się do środka miejsca, przecina kolejne momenty z nim związane. Widziany świat nigdy nie jest pełny i kompletny, dlatego „Lipiec na Białorusi” otwiera tunele czasowe, by postrzegany obraz uzupełnić o brakujące fragmenty, by je wyłuskać, by je nazwać, pokazać i przeżyć emocje im towarzyszące.

Bo u Fietkiewicz-Paszek miejsce stoi w czasie, a czas, choć nie stoi w miejscu, to jednak jest w nim zamknięty. Poetka posługuje się słowem jak łyżką i wydrąża z każdej odwiedzonej przestrzeni kolejne cząstki epok. Zeskrobuje warstwy, odczytuje minione wydarzenia, jakby ściągała kolejne powłoki z palimpsestu, bo „pod powierzchnią splatają się historie”*) i choć może „strach zaglądać do zburzonych studni”*) czy „podważać topniejący asfalt”*), to jednak autorka w ten sposób odkrywa prawdę zapisaną na murach, na pokruszonych macewach, na przetrąconych gzymsach. Wybiera konkretne epizody (sięga do legend, przytacza średniowieczne zdarzenia, przywołuje romantyczne porywy) i to one pozwalają scalać fragmenty historii społeczności odmiennych religii (katolicyzm, prawosławie, islam, judaizm) czy fragmenty opowieści o ludziach różnych narodowości (Białorusini, Litwini, Polacy, Żydzi, Tatarzy, Niemcy). Ale Fietkiewicz-Paszek nie tylko po poznanie historii regionu tu przyjechała. Przyjechała przede wszystkim poznać historię swojej rodziny, babci, ojca, swoją własną. Dlatego kulminacyjny moment zbiorku stanowi „Nocny Mińsk z Witalikiem” – jej krewnym. I okazuje się, że to, co do tej pory murem, polityką i „kreską na mapie”*) zostało podzielone, łączy „krew (…) i strach (…) dziadków”*).

Oprócz rodzinnej kulminacji jest jeszcze jeden moment szczytowy w tomiku. To Trościeniec. Temu miejscu z jego wstrząsającą przeszłością autorka poświęciła aż trzy utwory. To historia długich lat wojennej zagłady. Historia losów wielu bezimiennych, którzy zalegają w dołach, a teraz obchodzimy opustoszałe uroczysko i przeżywamy chwile tragedii zaledwie w kwadrans. Czy czas jest sprawiedliwy?

W jaki sposób autorka dokonuje wypraw w czasie, widać chyba najwyraźniej w utworze pt. „Niamiha”. Jako jeden z wielu został opatrzony przypisem autorki (jakby nie wierzyła w wiedzę czytelnika), naświetlającym dzieje tego miejsca. Tu Fietkiewicz-Paszek wędruje od pokłosia poprzez kolejne etapy historii do konkretnego wydarzenia, jakim była katastrofa w metrze, gdzie na skutek paniki wywołanej burzą zginęli ludzie. Autorka znowu posługując się czasem, przesuwając go wstecz jak suwak na pulpicie, sięga jeszcze głębiej aż do pośrednich przyczyn dramatu i wraz z rzeką Niamihą dociera do źródeł wcześniejszych zdarzeń.

U Fietkiewicz-Paszek droga prowadzi nie tylko do celu, to także droga poznania świata, historii, losów rodziny i przemiany samej siebie, ale też linia podziału, która przebiega między tu a tam. To ta jakże mała, ale brzemienna w skutkach, „kreska na mapie”*) rozdziela, rozgranicza i stwarza podziały między ludźmi, między rodzinami. Dlatego poetka tak eksponuje mosty, połączenia i „wspólny nurt”*), by wiązały, scalały i usuwały przepaście.

Twórczyni „Lipca na Białorusi” posługuje się obrazami, tymi z fotografii i tymi ze swoich wierszy. Zatrzymany w kadrze, uchwycony w słowach widok ma zwolnić spust wyobraźni odbiorcy. Jest zaledwie fragmentem w ogromie nagromadzonych pod kolejnymi warstwami czasu historii. U autorki nie tyle istotne jest to, co sama pokazała, a to, co chcemy i jesteśmy w stanie spomiędzy okruchów czasu i miejsc odkryć, poczuć, przeżyć. 

Fragment recenzji Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem" tomiku "Lipiec na Białorusi" opublikowanej w Kwartalniku Literackim "WYSPA" nr 3/2020
Fragment recenzji Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem"
tomiku "Lipiec na Białorusi"
opublikowanej w Kwartalniku Literackim "WYSPA"
nr 3/2020

W tomiku dominuje wiersz wolny, biały, z niewielkimi wyjątkami zakończony podsumowującym dwuwersem, w którym jak w pigułce autorka próbuje skondensować przekaz. Konstrukcyjnie odmienne są „Kamionka, rok 1925” i „Stare Siedlisko, rok 1952”, w których zaznaczono strofy i które klamrą niczym okładka albumu spinają wrażenia z lipcowego wyjazdu poetki na Białoruś. Lecz nawet ta klamra jest rozszczepiona przez miejsca i czas, przy czym tylko autorka wie na pewno, czy cyfry 2 i 5 zamieniła miejscami celowo, czy tylko los tak sprawił.

Nie uwierzę, że „Lipiec na Białorusi” przyszedł do mnie przez przypadek. Przyszedł do mnie, bo kilkanaście lat temu sama dokonywałam podobnych poszukiwań na Litwie, Ukrainie i we wschodniej Polsce. Ten tomik przyszedł do mnie, by sprawdzić moją pamięć. Miejsca i czas to świadectwa, to ślady, które niejedno przetrwały i niejednych jeszcze zdarzeń będą uczestnikiem. Jednak to ludzie napełniają je pamięcią, która „dzieje się od zawsze, dzieje się wszędzie”*). Pamięć historyczna, pamięć zbiorowa i pamięć jednostki nie zawsze są tożsame. Ta ostatnia najmocniej wywołuje ścisk w żołądku, napięcie na skórze i suchość w gardle, sprawia, że pocą się dłonie i wilgotnieją powieki. Ta ostatnia wywołuje niemo samotny niepokój. Niepokój zakorzeniony w przeszłości, lecz patrzący szeroko rozwartymi oczami w przyszłość. Jeśli zagubi się pamięć współczesnej jednostki, jeśli zanikną wibracje łączące ją ze źródłem, może zatrzeć się też pamięć zbiorowa i historyczna. Właśnie po to przyszedł do mnie „Lipiec na Białorusi”. Bym pamiętała.

Za egzemplarz tomiku pt. „Lipiec na Białorusi” dziękuję autorce. 

Recenzja autorstwa Katarzyny Chmiel z "Czytam duszkiem" tomiku pt. "Lipiec na Białorusi" Izabeli Fietkiewicz-Paszek ukazała się w Kwartalniku Literackim "WYSPA" nr 3/2020.





wtorek, 20 października 2020

Joanna Gierak-Onoszko "27 śmierci Toby'ego Obeda" z Wydawnictwa Dowody na Istnienie

Elektroniczny czytnik książek wyświetla okładkę książki Joanny Gierak-Onoszko pt. "27 śmierci Toby'ego Obeda", obok maskotka "Czytam duszkiem" z liściem klonu.
Joanna Gierak-Onoszko
"27 śmierci Toby'ego Obeda"/
Wydawnictwo Dowody na Istnienie


Kojarzycie smak słodkiego syropu klonowego? To kanadyjski rarytas. Kojarzycie piękne kolory drzew jesienią nad Rzeką Św. Wawrzyńca? To kanadyjski pejzaż jak z bajki. A kojarzycie, że w Kanadzie w imię Boga i prawa wydzierano dzieci rodzicom i umieszczano w tzw. „szkołach” z internatem, gdzie były głodzone, bite, wykorzystywane i molestowane, czyli nabierały cywilizacyjnej ogłady?

„27 śmierci Toby’ego Obeda” Joanny Gierak-Onoszko pokazuje drugą twarz Kraju Klonowego Liścia, surową i bez retuszu. Tytułowy Toby to jeden z ocaleńców, jak siebie określają osoby, które przeżyły pobyt w „szkole” z internatem. Zabrano go rodzicom, gdy miał zaledwie 4 latka, wówczas umarł po raz pierwszy. Toby urodził się jako Inuk, ale „dzikusa Północy” próbowano ukształtować na wzór i podobieństwo ułożonych cywilizowanych katolików, w efekcie po latach „szkolnego” formatowania nauczył się tylko jednej, ale niezwykle przydatnej umiejętności, że aby żyć, trzeba zacięcie walczyć, więc na razie żadna z kolejnych śmierci, która odważyła się po niego sięgnąć, nie pokonała go na tym świecie.

Historia Toby’ego jest zaledwie kroplą w morzu przetrąconych losów dzieci rdzennych mieszkańców Kanady. Nie pamiętają rodziców, nie wiedzą, co to znaczy czułość, nie mają wspomnień z dzieciństwa, kiedy przytulali się do mamy czy trzymali szorstką dłoń taty. Mają za to problemy z osobowością, przystosowaniem społecznym, mają traumatyczne sny, w których powracają koszmary z internatu, gdzie ich bito, głodzono, dręczono, gwałcono. Nie wiedzą, kim są, bo odarto ich z własnego ja, różańcem wybito tożsamość, siłą wyrugowano ze społeczności. Robiono to dekadami, systemowo, zgodnie z prawem. Dlaczego? Ponoć takie były czasy…

            Gierak-Onoszko przedstawiła historie kilkunastu ocaleńców, pokazała drogę każdego z nich, opowiedziała indywidualny los. Ale te historie nie są zawieszone w próżni, bowiem autorka nakreśliła również tło historyczne, zebrała przemiany, jakim podlegał kraj, jak kształtował się system, który tak bezlitośnie kaleczył dziecięce serca. Dała też czytelnikowi obraz Kanady tu i teraz, która stara się naprawiać wyrządzone krzywdy. Ostatnia placówka z internatem zamknęła swe podwoje zaledwie w 1996 r., a przez tryby systemu przeszło ok. 150 tys. dzieci. Obraz jest więc szeroki, choć by był kompletny, brakuje tylko przyszłości. Jednak tej nie zna obecnie nikt, bo nikt nie wie, jak kiedy i czy w ogóle uda się zrekompensować stracone dzieciństwo i utraconą godność. Droga do pojednania jest żmudna, ale najważniejsze, że Kanadyjczycy wiedzą, co się działo z dziećmi rdzennych mieszkańców i starają się przepracować niechlubne fakty, by w przyszłości nie popełnić podobnych błędów.

Kanadyjczycy oswajali się z wiedzą o internatach powoli. Pierwsze informacje pojawiły się po wojnie. Wkrótce jednak temat zanikł, topniał jak śnieg w Jukonie, by po latach uderzyć w słowach znanego polityka Phila Fontaine’a, który dokonał swoistego coming outu, wyznając publicznie, że on także jako dziecko internatu był tam molestowany seksualnie, a później „wykorzystywany (…) sam wykorzystuje, a maltretowany maltretuje”*). Tak oto ofiara staje się katem. Jego szept był najdonośniejszym głosem w sprawie szkół z internatem. Po nim ruszyła lawina nie mniej poruszających wyznań. Kanadyjczycy co rusz łykali gorzki wstyd i pochylali głowy w pokorze, a Raport Komisji Prawdy i Pojednania, który kompleksowo obnażył masowość i intensywność zjawiska, powalił ich narodową dumę na kolana. Świeckim urzędnikom w przeciwieństwie do kościelnych hierarchów łatwiej przyszło uporać się z fałszywym przekonaniem, że aby zachować twarz, lepiej milczeć. Justin Trudeau, premier Kanady, prosił o wybaczenie, ale do tej pory nie padło słowo „przepraszam” wypowiedziane przez papieża. A przeważająca większość internatów prowadzona była przez Kościół. Stwierdzenie, że sumienie się miewa, nabiera w tym kontekście aktualności, mimo że ta kategoria moralna nie odnosi się do organizacji. Choć zaistniała sytuacja udowadnia, że do ludzi też nie zawsze.

Gierak-Onoszko zebrała w swojej książce fakty, przeprowadziła czytelnika przez indywidualne cierpienie, przez tłumioną latami gorycz, poranione nadzieje i podejmowane próby porozumienia. Ciężar tych informacji jest przytłaczający. Autorka wprawdzie zwykle krótką wzmianką zapowiada nadchodzącą tragedię, więc co do zasady odbiorca nie powinien czuć się zaskoczony tym, czego za chwilę stanie się świadkiem, tymczasem każdy kolejny rozdział spada na niego jak głaz i gruchocze mu świadomość. Bo na ten rozmiar tragedii nie można się przygotować. Nie można się z nią oswoić. Nie można się przyzwyczaić.

Czytającego tu i ocaleńca tam, choć rozdzielonych latami czasu, przestrzenią oceanu i w różnych domach, zaczyna podczas lektury łączyć most zbudowany z piekących cierni. Przeżycie, gdy czytelnik z drgającymi ramionami i dławiącymi łzami pochyla się nad dziecięcą krzywdą, sam zapadając się do dna bezradności, daje poczucie jednoczenia się w rozpaczy i współdzielenia ogromu niesprawiedliwości. Gdy czyta, jak już dorosły ocaleniec nadal sam umniejsza swoje nieszczęście i usprawiedliwia oprawcę, mówiąc, że bicie trwało przecież krótko, nie bardzo bolało albo zdarzało się tylko czasami, wciąż nie potrafi zrozumieć rozmiaru wyrządzonego zła, które do tej pory przynosi zatrute owoce. „Bili nas z dużą troską.”*) – powie jeden z ocalonych, przywołując wspomnienia dotyczące zadziwiająco skutecznego narzędzia w postaci zwykłej linijki uderzającej krawędzią: „(…) na dziecięcych dłoniach skóra szybko pękała. Zakrwawiona linijka świszczała, a po chwili przecinała powłoki kolejnego dziecka (…)”*) To jeden z łagodniejszych opisów.

Gierak-Onoszko przedstawiła wykorzystanie fizyczne, seksualne, kulturowe, duchowe, emocjonalne i… zostawiła je bez komentarza. Ten brak dygresji, dopełnienia w postaci oceny jest charakterystyczny dla autorki, która precyzyjnie oszczędna w stylu skupia się aż do rdzenia słowa na sile przekazu. Podobnie dzieje się, gdy przedstawia obecne działania Kanady i to, w jaki sposób jej mieszkańcy odrabiają zaległą lekcję wrażliwości, próbując zniwelować podziały. W pierwszej kolejności zaczynają od słów, czyli unikają języka, który rani i stygmatyzuje. Wypełniają braki, zasypują luki w relacjach, choć nie oznacza to, iż nie zdarzają się potknięcia, bo przecież nie każdy chce żyć własną, a co dopiero cudzą traumą dzieciństwa. Najważniejsze, że nie odwracają wzroku, że nie unikają faktów, że chcą zmierzyć się z niewygodną dla nich, ale jednak prawdą.

W „27 śmierciach Toby’ego Obeda” Joanny Gierak-Onoszko czytelnik pozostawiony jest twarzą w twarz z nagimi faktami. Stoi przed nimi jak niewinne dziecko wznosząc ufnie oczy na opiekuna w internacie. Pierwsze, co czuje, to niedowierzanie, że to działo się naprawdę. Zaraz przychodzą do głowy skojarzenia z Holokaustem. Jak to? – pyta. – Ta zagłada niczego nas nie nauczyła? Kanada – kraj mlekiem i syropem klonowym płynący, tolerancyjny, otwarty, z jednym z najwyższych indeksów komfortu życia stworzył mechanizmy pozwalające krzywdzić dzieci, umożliwiające destrukcję całych rodzin, wymazywanie kultur? Ile wytrzyma serce czytelnika przy tej lekturze? Mimo bólu powinno dać od siebie jak najwięcej, by zapamiętać, że są granice, których przekraczać nie wolno, zwłaszcza tym, którzy powinni opiekować się bezbronnymi, o nich dbać i ich chronić. Mimo bólu powinno dać od siebie jak najwięcej, by zapamiętać, kim są ci, którzy odważyli się pokonać strach i przekroczyli niebezpieczną linię wypartych wspomnień. Mimo bólu powinno dać od siebie jak najwięcej, by mieć świadomość, że Inuk znaczy człowiek i to brzmi dumnie.

            Za elektroniczny egzemplarz książki Joanny Gierak-Onoszko pt. „27 śmierci Toby’ego Obeda” dziękuję Wydawnictwu Dowody na Istnienie.

*) Joanna Gierak-Onoszko „27 śmierci Toby’ego Obeda”