05/02/2020

Elżbieta Sidorowicz "Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności" Zysk i S-ka


Okładka książki "Okruchy gorzkiej czekolady". Na pierwszym planie twarz młodej dziewczyny o długich blond włosach zprzykuwającym spojrzeniem błękitnych oczu
E. Sidorowicz "Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności"/
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Pliniuszowi Starszemu przypisuje się słowa, że pamięć jest potrzebnym dobrem życia. Książka Elżbiety Sidorowicz pt. „Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności” potwierdza prawdziwość przytoczonej tezy.
Otwierająca powieść scena rozgrywa się na obrzeżach Warszawy, gdzie na skraju Lasu Kabackiego przechował się dworek ziemski z okresu lat dwudziestych ubiegłego wieku. Zmizerowany, bez części dachu, posiniaczony dziejami historii własnej i jej poprzednich mieszkańców znajdzie się w rękach rodziny, która zacznie przywracać mu dawną świetność. Ojciec architekt zapowiada swym paniom, żonie i córce, że będą miały „…dom, jasny dom… jasny dom w jabłkowym sadzie, u wrót lasu…” Jednak spod pięknych planów wyłaniają się pierwsze sygnały przyszłych wydarzeń. Rodzice giną w wypadku samochodowym a ich 17-letnia córka, Ania, pozostaje zupełnie sama. Bez bliskich. Bez miłości. Bez marzeń. Dom nie nadaje się do zamieszkania, bo on też jest bez… Bez wody, bez gazu, bez ciepła…
Elżbieta Sidorowicz tej książki nie napisała. Ona ją zaprojektowała. Zaaranżowała artystycznie, wyposażyła pokoje, udekorowała wnętrza, dobrała barwy, obrazy, oświetlenie, bibeloty, dopracowała ją w najdrobniejszym szczególe i wycyzelowała stylistycznie. Tu wszystko pasuje. Tu wszystko współgra w szlachetnym tonie klasycznej elegancji. Ale estetyka Sidorowicz to nie tylko wygląd i zewnętrzna powłoka. To głównie kultura z jej wzorami myślenia i postępowania.
Fabularna treść wypełnia sobą przestrzeń kompleksowo, wygodnie mości się na uszatym fotelu, odpoczywa przed kominkiem, wygląda przez przestronne okna na rozległy ogród, ale też w rozpaczy szlocha na kamiennej podłodze, w nutach Chopinowskiego preludium deszczowego gra tęsknota wspomnień, a charakter samotności przebija się kontrapunktem w zimowym krajobrazie. Sidorowicz zamienia pędzel na pióro, dłuto czy pianino i z równą zręcznością operuje każdym z nich. Jej słowa są starannie dopasowane, idealnie osadzone w fabule, autorka rozprowadza je warstwami, nasyca emocjami, a gdy potrzeba, troskliwie oszlifowuje. Tak, tu wszystko jest na właściwym miejscu.
Sidorowicz oddaje uczucia bohaterki nie tylko słowami. Ona maluje żal i ból, ona rzeźbi gorycz i gniew. W muzyce rozbrzmiewa tęsknota i udręka samotności. Światłocień i tonacje przechodzą różne stopnie nasycenia, zmienia się ich natężenie i barwa. Subtelnie, pomału, niemal nieuchwytnie. Sidorowicz odmienia uczucia nie tylko przez przypadki, ona je odmienia przez różne rodzaje sztuki. Najbliższe jej sercu malarstwo przeprowadza bohaterkę przez trudny okres po stracie rodziców. W nim odnajduje ratunek i energię, by pokonać pustkę.
Śmiertelna czerń rozpaczy, najcięższa do udźwignięcia z możliwych czerni, której nie odważy się musnąć nawet najmniejszy błysk światła, czerń, w której grzęzną wszelkie nadzieje, marzenia, wszelka radość, pochłaniająca wszelką energię, właśnie ta czerń stanowi artystyczne tło nastroju powieści. To po niej będą się początkowo prześlizgiwać pojedyncze nuty okrutnie bezlitosnego półmroku, to z niej będzie wyłaniał się zduszony ciemnością smutek. Dopiero później pojawią się pierwsze okruchy jeszcze przesiąkniętego zmierzchem cienia, czerń (acz niechętnie) zacznie rozrzedzać swą głębię. Przebiją się wciąż zalękłe szarości i przygotują umęczony umysł na drobny, jeszcze trwożny, pobłysk uśmiechu, ledwie niewidoczne migotanie pragnień, świetlano-srebrzyste nitki zadowolenia. Ten styl kojarzył mi się nieco z atmosferą tomiku Lechonia „Srebrne i czarne”, z tym że tu dramatyczny początek nie wiedzie do tragicznego końca.
Malarskiej kanwie towarzyszy duet składający się z muzyki i ciszy. Cisza u Sidorowicz  też ma swoje odmiany i odcienie. Można ją biologicznie systematyzować od domeny poprzez gromadę, rząd a na podrodzaju czy gatunku skończywszy. Bo jest tu cisza rozszeptana, cisza gwiaździstej nocy, jest ciemna jak heban cisza wnętrza człowieka. Ale cisza jest też zaczynem muzycznym. Szorstki dźwięk trąbki z utworu Milesa Daviesa pt. „Round Midnight” przedzierający się przez gęstą od smutku ciszę pogrzebu, szarpie duszę każdą nutą. I choć już więcej nie pojawi się na kartach powieści, to słyszymy ją powracającą w naszej głowie w najtrudniejszych momentach. W jaki sposób autorka osiągnęła ten efekt, wie tylko ona sama. Własną ciszą Ania próbuje się też odciąć od świata. Świata, który nie czeka, aż ona upora się z traumą. On domaga się bezwzględnej atencji, bo rachunki czekają na zapłacenie, a w szkole kolejny materiał do przerobienia.
Podobnie jak malarstwo czy muzyka karty książki przenikają akcenty literackie i rzeźbiarskie. Odnajdziemy wyraźne pierwiastki egzystencjalizmu Camusa, staną nam przed oczami wysokie drzewa Staffa, odkryjemy wiele innych nawiązań. Ale mam wrażenie, że zamiarem autorki nie było, by czytelnik te ornamenty świadomie identyfikował i rozpoznawał, a by je zwyczajnie poczuł i dał się uwieść ich czarowi.
Sidorowicz w nadzwyczaj subtelny sposób przedstawia tęsknotę Ani za rodzicami, którzy, choć nieobecni, nadal jej towarzyszą. Wokół pełno ich śladów, ich rzeczy, zapachów. Dom jest wypełniony ich codziennymi przyzwyczajeniami, zwykłymi zajęciami, gustami. A może nadal tu są, tylko przeszli do sąsiedniego wymiaru? Tak zwyczajnie na drugą stronę? Choć ich brak jest boleśnie dotkliwy, to jednak wyczuwa się ich zmysłami, bo wrośli w tkankę domu. Dom. Właśnie ten dom, taki jeszcze z niedostatkami, trochę ułomny, nawet kapryśny, stał się dla bohaterki swoistym łącznikiem z rodzicami, wypełniony przynależnością, poczuciem wspólnoty, pamięcią wspólnych marzeń, wspomnień, niezrealizowanych planów. Ania chwyta się go prawie irracjonalnie, obawiając się, że bez niego pamięć po nich się rozproszy. Dom staje się miejscem, gdzie wszyscy są razem. Może rodzice rozsypali się diamentowym pyłem pomiędzy sąsiadującymi sferami, ale pamięć o nich, o rodzinie, staje się dla Ani darem, darem, by żyć, by tę pamięć pielęgnować. Cóż, kiedy nawet dom wydaje się przeszkodą w jej planach. Swą niechęć do lokatorki dawał jej przecież odczuć niejednokrotnie. Nie ma w nim wody, nie ma gazu, nie ma ogrzewania, nie ma części dachu, nie ma porządnego podjazdu, daleko z niego do szkoły. Uparcie milczy, nie współpracuje, sabotuje... Zwykłe rozpalanie w piecu staje się niemal codzienną ogniową potyczką z jego wciąż wypalonym i spopielałym wnętrzem. A przecież to on powinien być symbolem ogniska rodzinnego i ciepła. Ania jednak nie zamierza wybrać łatwej drogi, bo tylko to, co trudne tak naprawdę się liczy i ma znaczenie. Ania – krucha, delikatna, niepełnoletnia, a już dorosła i dojrzała – nawet nie zdaje sobie sprawy z dziedzictwa, jakie otrzymała od rodziny. Wychowana troskliwie i uważnie dorastała w ponadczasowych wartościach i ideałach. Rodzice ją mądrze kochali, wspierali w rozwijaniu pasji, uczyli znosić porażki i otwierali nowe horyzonty. Z pełną ciepła babcią grała na fortepianie. To babcia mówiła, że umiar jest gwarancją przetrwania. Dziadek, łagodny i nobliwy, uczył jazdy konno. Zapamiętała ich słowa, zapamiętała ich nauki o przyzwoitości i honorze, które teraz stanowią dla niej swoistą dezyderatę z drogowskazami, jak pokonywać meandry codzienności, by dobrze żyć. Pamięć kotwiczy w przeszłości i kształtuje przyszłość. A przyszłość, która zaraz po śmierci rodziców przestała istnieć, bo czas skurczył się do przeszłości i teraźniejszej bytności, teraz znowu zaczyna być widoczna na horyzoncie.
Książkę Sidorowicz aż chce się czytać. I trudno się od niej oderwać. Tkwimy w jej klimacie, wspólnie cierpimy, płaczemy, dostrzegamy nadzieję. A jednak nie odkładamy jej na bok, nie poddajemy się, choć lektura momentami sprawia ból. Chcemy go współodczuwać. Chcemy poczuć własne emocje, z którymi być może kiedyś nie do końca się rozprawiliśmy, a one tkwią gdzieś niemal niewidzialną zadrą i teraz właśnie próbują znaleźć ujście. Otoczeni przez sztuczne schematy, narzucone wzorce zachowań, pragniemy się od nich uwolnić i poczuć zwyczajnie prawdziwi. Bo ta książka ma nadzwyczajną moc wydobywania dobra i barwnie opalizuje urodą życia, a w zestawieniu z wyjałowionym tragedią sercem kontrast jest tym większy.
Za elektroniczną wersję egzemplarza recenzenckiego książki pt. „Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności” dziękuję Elżbiecie Sidorowicz oraz Wydawnictwu Zysk i S-ka.
PS. Komercyjnie ładna okładka nie zwróciłaby mojej uwagi, zwłaszcza że została skategoryzowana jako literatura młodzieżowa. Całe szczęście, że książki nie ocenia się po okładce, bowiem ta ma w sobie dużo więcej do zaoferowania niż tylko komercyjną urodę i nie tylko dla młodzieży. 
 
Obecnie ukazała się już kolejna część cyklu pt. "Serce na wietrze".
Zachęcam także do przeczytania i obejrzenia wywiadów z Elżbietą Sidorowicz, które przeprowadziłam w ramach cyklu "Rozmowy w Duszkiem." 

03/02/2020

ZAPOWIEDŻ - Leszek Mieszczak "Rozplatając warkocz Papuszy" z Wydawnictwa Psychoskok

Okładka książki Leszka Mieszczaka "Rozplatając warkocz Papuszy" z Wydawnictwa Psychoskok. Twarz młodej dziewczyny z pojedynczymi czerwonymi kosmykami włosów. Obok logo "Czytam duszkiem"
Leszek Mieszczak "Rozplatając warkocz Papuszy"
z Wydawnictwa Psychoskok

Niezwykła podróż do przeszłości, w której jedno życie to za mało, aby zrozumieć wszystko. Opowieści z czasów wojny, smutne, przerażające, ale też ukazujące ogrom miłości, poświęcenia i odwagi, odrobina cygańskiej kultury, troszkę magii i mnóstwo wiary…

Akcja powieści rozpoczyna się w hospicjum, gdzie poznajemy głównego bohatera, jego przygody i wszystkie niezwykłe zdarzenia, jakich doświadczył na przestrzeni lat. Wszystko zaczęło się od znalezionej na polu cygańskiej lalki… Ta niezwykła pacynka wywołała ciąg zdarzeń, dzięki którym mężczyzna nie tylko przeżył kilka ciekawych przygód, ale przede wszystkim wyruszył na wędrówkę, w której odnalazł własne przeznaczenie, sięgnął do przeszłości dalszej, niż brał to pod uwagę. Mimo wielu niesamowitych zdarzeń, wręcz magicznych i niewyobrażalnych, całe jego życie pozostaje głęboko zawierzone Bogu…

Książka dla wszystkich, którzy pragną odkryć mechanizmy kształtujące nasze przeznaczenie…

Przewidywana data premiery: 19 lutego 2020 r.

Wydawca: PSYCHOSKOK
Kategoria: powieść psychologiczno-duchowa
IBSN: 978-83-8119-595-9
EAN: 978-83-8119-595-9
Ilość stron: 254
Format: 148 x 210
Oprawa miękka
Prognozowana cena detaliczna: 31,90 zł

21/01/2020

Bianka Kunicka-Chudzikowska "Poparzone wrzątkiem"


poparzone wrzątkiem, bianka kunicka-chudzikowska, wiersze, poezja, tomik
Bianka Kunicka-Chudzikowska "Poparzone wrzątkiem"

Mam na imię Katarzyna i mam w zwyczaju czytać poezję. Regularnie z większymi lub mniejszymi przerwami. Warianty oddawania się nałogowi są zwykle dwa: albo pod kocykiem na fotelu bujanym, albo na łóżku popodpierana ze wszech stron poduchami i – oczywiście – też pod kocykiem. Byleby nikt nie przeszkadzał w spotkaniu jeden na jeden. „Poparzone wrzątkiem” Bianki Kunickiej-Chudzikowskiej zdecydowałam się skonsumować w zaciszu sypialni.
Autorka nie jest mi całkowicie nieznana, ponieważ kilka miesięcy temu miałam okazję przeczytać i recenzować jej powieść pt. „Najprawdziwsza fikcja”. Jednakowoż co innego proza, a co innego liryka, więc można uznać, że to nasze pierwsze spotkanie na tej płaszczyźnie literackiej.
Poezji nie zwykłam czytać spiesznie, bo lubię nad nią pomedytować, pożonglować znaczeniami, pomiesić w głowie metafory, piękniejsze fragmenty przeczytać sobie na głos, potem przymknąć powieki i poczekać na obraz, który wykwitnie z kart. Ten tomik zapowiadał dłuższą bytność w mej alkowie, tym bardziej że zawiera grubo ponad sto utworów. I… zaczęłam…
Liryczny świat Kunickiej-Chudzikowskiej jest bardzo gościnny, a jego atmosfera obejmuje nas od pierwszego wiersza. Pisać, że jest przepełniony emocjami, to przecież oczywistość. Tu dominują zmysły, doznania w synkretycznej formie „dotyku zadziornych myśli”, „smaku przyjemności”, „draśnięć wzrokiem”. Wrażenia ocierają się o wyobraźnię, łaszą do czytelnika i przywodząc chwilami na myśl Leśmianowskie erotyki, pozostawiają ślad w zakamarkach rozbudzonego bliskością ciał umysłu. Ale to nie jest zbiór erotyków. Co to, to nie, bo autorce nie brak humoru, dystansu do świata i samej siebie, a także wyrozumiałości dla przekory losu. Te przymioty konsekwentnie wyzierają spod wersów, „fisiują” mniej lub bardziej niesfornie między zwrotkami, pobłyskują w metaforach. Figlarny chochlik tylko chwilowo przycicha, by za niedługi moment znowu wyłonić się z cienia i zamącić w głowach.
W centralnym punkcie twórczości Kunickiej-Chudzikowskiej stoi człowiek, ze swoimi pragnieniami, tęsknotami, potrzebą bliskości ukochanej osoby na dobre i na złe. Nie brak tu też wyobcowania i samotności w świecie pełnym ludzi, a także akcentów nie tylko jesiennego przemijania. Jednak wyjątkowy związek ciał, dusz i myśli wydaje się wiodący. Dostatek utworów profituje dla odbiorcy także bogactwem tematyki, że wspomnę tylko o kwestii wolności tożsamości, swobody jednostki, akceptacji odmienności czy przekraczania granic, zwłaszcza tych wytyczonych przez siebie samego. 
Co jeszcze „Poparzone wrzątkiem” ma do zaoferowania? Pierwiastki antyczne! I to dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, nawiązania do klasycznych wątków, mitów i legend (tragiczny w swym losie Edyp to tylko jeden z przykładów). A po drugie – autorka zdradza swą prawniczą proweniencję i subtelnie napomknie czy to o klauzulach zapowiadających rozdzielność przyszłości, mimo iż przeszłość była wspólna, zwyczajach i ustawach codzienności, czy zbrodni i karze. Tu z kolei ja spieszę wyjaśnić, że klasyka to mój konik (niekoniecznie trojański), a Pana profesora od prawa rzymskiego, choć przyszedł już po niego zegarmistrz światła, z ogromną atencją wspominam do dziś.
Wiersze Kunickiej-Chudzikowskiej nie posiadają jednolitej formy, a ich konstrukcyjna konsystencja jest żakardowo różnorodna. Przeważa wiersz biały, ciągły, bez znaków interpunkcyjnych i choć pozbawiony rymów, obdarzony jest własnym wyrazistym rytmem. Melodyka słów podbija treść pulsującymi akordami, przez co zyskuje ona płynność i delikatność przekazu.
Mam na imię Katarzyna i mam w zwyczaju czytać poezję. Twórczością Kunickiej-Chudzikowskiej można się „poetyzować” jednym duszkiem. Można też ją sobie dozować. Ja zdecydowałam się na drugą opcję i wybierałam sobie z tomiku wiersze, które akurat odpowiadały mi swoją atmosferą. Raz te nieco bardziej filutne i z przymrużeniem oka, innym razem skłaniałam się do refleksyjnych klimatów ze spokojniejszą aurą.
Za elektroniczną wersję tomiku pt. „Poparzone wrzątkiem” dziękuję autorce.