10/04/2019

Wywiad z Dominiką Smoleń - najnowsza powieść "Gaming house" już na rynku

Dominika Smoleń wywiad gaming house czytam duszkiem
Dominika Smoleń

Dominika Smoleń, urodzona w 1997 r. w Sosnowcu, blogerka książkowa, prowadzi blog „Nasz Książkowir”, autorka powieści pt. „Cena naszych pragnień”, „Bieg do gwiazd” i „Gaming house”.

Czytam duszkiem: Dominiko, czy tak mogę się do Pani zwracać? Dominiko, nie jesteś nowicjuszką na rynku książkowym – znasz go z dwóch perspektyw: jako blogerka i recenzentka, a od niedawna także jako pisarka. Skąd wzięło się Twoje zamiłowanie do książek? Jesteś samorodkiem czy może ktoś wprowadził Cię w świat literatury?
Dominika Smoleń: W mojej rodzinie książki to rzecz święta. Czyta mama, czytają babcie, czytają ciotki. Po prostu różnorakie powieści zawsze były w moim domu obecne i widziałam, jaki szacunek należy oddawać słowu pisanemu. Przesiąkłam tym. Mnie też zresztą od dziecka czytano – i też bardzo to pokochałam. Odkąd tylko nauczyłam się czytać, to sama już się starałam dobierać swoje lektury – w bibliotece spędzałam dużo czasu, bo musiałam się napatrzeć na te wszystkie kolorowe okładki, żeby dopiero zdecydować, co będę czytać przed snem.
C.D. A jak zostałaś pisarką? Był to pomysł, który w Tobie dojrzewał czy może spontanicznie sięgnęłaś za pióro?
D.S. Zawsze chciałam spróbować coś napisać – chociaż w ogóle na początku tworzyłam wiersze, a później opowiadania. Jestem taką osobą, że jak czegoś chcę spróbować, to kiedyś w końcu to robię. Po to w końcu jest życie, czyż nie? Żeby brać z niego pełnymi garściami!
C.D. Jesteś blogerką i recenzentką, więc potrafisz technicznie rozebrać lekturę na części pierwsze jak mechanik samochodowy auto. Wyłapiesz każdą jej zaletę i słabą stronę. Nic się przed Tobą nie ukryje. Czy taka „tajemna” wiedza pomaga Ci w pisaniu książek czy wręcz przeciwnie?
D.S. Ciężko powiedzieć. Swojej książki nie umiem tak przeanalizować, jak analizuję czyjąś. Ze swoją jestem bardziej związana i nie jestem obiektywna. Niemniej jednak trochę z tej wiedzy i tak staram się zastosować w praktyce – na przykład staram się unikać pewnych motywów, które mnie drażnią, albo pewnych konstrukcji, które się po prostu przejadły. Czy mi się to udaje? Nie wiem. Nie mnie to oceniać.
C.D. Wspominałaś, że studiujesz prawo. To dziedzina, która uczy logicznego myślenia, wnioskowania i racjonalnych osądów. Wydawałoby się, że to kierunek dla osób mocno stąpających po ziemi. Jak to się ma do literackiej duszy pisarki, która potrzebuje swobody, bujania w obłokach fantazji i szaleństwa?
D.S. Blisko dwa lata temu rzuciłam prawo na rzecz psychologii – stwierdziłam, że bardziej mi właśnie leży psychologia i poniekąd wiedza w tym zakresie bardziej mi się przyda w książkach. Na prawie trochę się dusiłam – na psychologii w końcu oddycham pełną piersią i mam wokół siebie ludzi podobnych do siebie. Czasem bywam osobą, która jest racjonalna i w ogóle, ale jednak prawo zdecydowanie za bardzo zabijało moją kreatywność, a tego bardzo nie lubiłam.
C.D. Dominiko, od niedawna jest dostępna na rynku Twoja ostatnia książka pt. „Gaming house”. Co nam możesz o niej zdradzić, jak zachęcisz czytelników, by po nią sięgnęli?
D.S. Ta książka jest dosyć specyficzna – przesiąknięta wręcz humorem. Jest skierowana głównie do młodzieży i młodych dorosłych, chociaż mam wrażenie, że i starsze osoby mogą się świetnie przy niej bawić. Powiem tylko tyle, że to, co się tam dzieje, to czasami przechodzi ludzkie pojęcie!  
C.D. A co z głównymi bohaterami? Każdego wyposażyłaś w pakiet cech charakterologicznych, każdy ma swoją rolę do spełnienia. Gdzie szukałaś inspiracji budując postać? Czy możesz powiedzieć, czy są to postaci stricte fikcyjne czy może mają swoje alter ego w prawdziwych osobach?
D.S. Akurat w tej pozycji, kreując bohaterów… no trochę zapożyczyłam od prawdziwych osób. Oczywiście stworzyłam w książce ich alter ego, które najczęściej nie ma nic wspólnego z rzeczywistością (bo sytuacje, które są w książce stworzone, często są po prostu skrajnie komiczne) – ale jednak cechy charakteru i wygląd jest trochę podobny. Nawet koneksje rodzinne się zgadzają. Wszystko zresztą wytłumaczyłam we wprowadzeniu, które jest na pierwszych kartkach „Gaming house”!
C.D. Skąd w ogóle pomysł na książkę o tematyce komputerowej? Zwykle łatwiej poruszać się w znanych obszarach, wówczas materiał zyskuje na wiarygodności. Tak zresztą powstał „Bieg do gwiazd”, gdzie opisujesz zmagania bohaterki z cukrzycą. A jak było w tym przypadku? Jak przygotowywałaś się do jej napisania? Informatyka jest Ci bliska, czy może posiłkowałaś się ekspertem w tej dziedzinie?
D.S. Sama trochę gram. Zresztą to nie tak, że opisuję tam świat z gry komputerowej – powiedziałabym, że nawiązania do gier komputerowych to właściwie w „Gaming house” dodatek! Życie głównych bohaterów to jednak główny temat – który potrafi rozłożyć na łopatki ze śmiechu!
C.D. Ponoć z powstaniem książki wiąże się pewna anegdota? Możesz nam uchylić rąbka tajemnicy?
D.S. Kurczę, żadna anegdotka mi teraz nie przychodzi do głowy. Może dlatego, że ten wywiad jest tak wcześnie rano. Przysięgam, że jak w końcu wpadnę na jakąś, to natychmiast opublikuję ją na swoim fanpejdżu!
C.D. Czyli przy okazji wiemy, że raczej nie jesteś skowronkiem… Dominiko, jeśli pozwolisz, zmieńmy nieco tematykę i porozmawiajmy o Tobie. Co sprawia Ci radość, a co smuci? Masz swoje rytuały, nawyki? Jakim typem osobowości jesteś?
DS: Jestem dosyć zakręconą osobą, która nie wyobraża sobie życia bez kontaktów z drugim człowiekiem. Uwielbiam długie rozmowy (krótkie zresztą też!). Dużą radość sprawia mi też oglądanie seriali, jedzenie czekolady i spędzanie czasu z moimi kotami. Nie lubię natomiast myśleć o tym, co mnie smuci – po co sobie tym zaprzątać głowę?
C.D. A co nam zdradzisz na temat swojej sfery duchowej? Twoja filozofia życiowa, może motto, którym kierujesz się w życiu?
D.S. Staram się po prostu być szczęśliwa, bo nikt inny mi tego szczęścia nie zapewni. Nie wiem, czy to jakaś wielka filozofia – staram się czerpać z życia, ile się da!
C.D. Dałaś się poznać jako młoda autorka poruszająca kwestie niełatwych relacji emocjonalnych, chorób cywilizacyjnych i wykluczenia społecznego. A jak Dominika Smoleń jako osoba prywatna patrzy na kwestie zmian klimatu? (Podejmujesz wyzwania związane z ochroną planety?)
D.S. Robię, ile mogę. Niełatwo jest coś zmienić, ale planetę Ziemię mamy tylko jedną i warto ją doceniać. Pamiętam, że już w szkole chodziłam na różne akcje, które polegały na sprzątaniu okolicy z jakichś śmieci – najczęściej parków, lasów albo okolic szkoły. Niby nic specjalnego, a jednak zawsze było tam co robić. Mam nadzieję, że to będzie dalej kultywowane!
C.D. Jesteś ponoć wielką miłośniczką czekolady. Mówi się, że fani czekolady dzielą się na tych, którzy preferują belgijską słodycz i na tych, którzy faworyzują szwajcarskie smakołyki. Gdybym teraz hipotetycznie popełniła gafę i przyszła do Ciebie z tabliczką czekolady na przeprosiny, to po którą byś sięgnęła?
D.S. Phi, ja tam nie zważam na żadne podziały czekolady! Po prostu musi być pyszna i najlepiej z dodatkami! Chyba po prostu jestem tak wielką fanką czekolady, że nie umiałabym żadnej cudowności odrzucić z menu!
C.D. Dominiko, czy chciałabyś się podzielić z czytelnikami dodatkowymi informacjami, które wprawdzie w naszej rozmowie się nie pojawiły, a mogą być w Twojej ocenie istotne lub interesujące?
D.S. W tym roku w wydawnictwie Replika ukażą się jeszcze dwie moje powieści – na Lubimyczytać są już okładki wraz z opisami. Zachęcam do zerknięcia!
C.D. Dominiko, bardzo dziękuję za rozmowę. Życzę powodzenia i weny artystycznej.

06/04/2019

"Lokalnie i intelektualnie" w Pałacu w Posadzie


W dniu 5 kwietnia 2019 r. Koło Pałacowe Posada zorganizowało pierwsze z cyklu spotkań pn. „Lokalnie i intelektualnie”. O godzinie 18.00 pomieszczenia Pałacu już były wypełnione po brzegi, a organizatorzy sprawnie dostawiali krzesła. (Pytani po zakończeniu spotkania o wrażenia z jego przebiegu, przyznawali, że zostali pozytywnie zaskoczeni ogromnym zainteresowaniem.) Oprócz mieszkańców w wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele Gminy Kazimierz Biskupi oraz Gminnego Ośrodka Kultury w Kazimierzu Biskupim. Celem spotkania było przybliżenie osoby Karola Wierusz-Kowalskiego – malarza, który dużą część życia spędził w majątku w Posadzie. Była także okazja do poznania historii pobliskich terenów oraz samego Pałacu w Posadzie. Dodatkowo we wnętrzach zgromadzono obrazy pędzla Karola Wierusz-Kowalskiego oraz Ryszarda Pyrzyńskiego.
O oprawę cateringową (nomen omen i piękną, i apetyczną) zadbali A. i R. Pyrzyńscy, M. i D. Ciechanowscy (Art Club) oraz E. i K. Konieczka (Auto Posada).
Organizatorzy już zapowiadają kolejne edycje wydarzenia.
Ten, kto bywa w okolicach Posady, mógł przez długi czas obserwować, jak budowla podupada a otaczający ją park dziczeje. Cieknący dach, pogłębiające się pęknięcia na ścianie najpierw zabezpieczono, kolejno przystąpiono do prac. W ostatnich latach częściowo uporządkowano też park. Mam nadzieję, że działania nie zakończą się tylko na tym etapie, bo nadal sporo pozostaje do zrobienia. Niewątpliwie to dobrze, że w końcu Pałac został otoczony opieką finansową. Trzymam kciuki, by nie zabrakło pomysłów na jego wykorzystanie i promocję, bo to miejsce ma ogromny potencjał. Pierwsze kroki zostały zrobione. Teraz może być już tylko lepiej.
Zdjęcia: Marek Kowalski
lokalnie i intelektualnie pałac posada
Lokalnie i intelektualnie/5-04-2019

lokalnie i intelektualnie pałac posada
Lokalnie i intelektualnie/5-04-219

lokalnie i intelektualnie posada pałac
Lokalnie i intelektualnie/5-04-2019

pałac posada lokalnie i intelektualnie
Lokalnie i intelektualnie/5-04-2019

lokalnie i intelektualnie pałac posada
Lokalnie i intelektualnie/5-04-2019

lokalnie i intelektualnie pałac posada
Lokalnie i intelektualnie/5-04-2019

pałac posada lokalnie i intelektualnie
Lokalnie i inteleketualnie/5-04-2019
 

03/04/2019

Robert Gmiterek "Sen na Kniaziach i inne historie osobiste" - Wydawnictwo Psychoskok

Gmiterek Sen na Kniaziach proza poetycka Psychoskok
R. Gmiterek "Sen na Kniaziach"/Psychoskok

Robert Gmiterek człowiek z Roztocza, krainy, gdzie – jak sam mówi – znajduje wszystko, co jest esencją jego życia. Krainy szumów i mgieł. Krainy obrośniętej jak bluszczem historiami Polaków, losami Ukraińców.
„Sen na Kniaziach i inne historie osobiste” (w skrócie „Sen na Kniaziach”) Roberta Gmiterka zainteresował mnie właśnie ze względu na region geograficzny. Niepozornie wyglądająca okładka mieści w swych objęciach zbiór materiałów słowno-fotograficznych z zakątka iluminacji. Otwierając książkę orientujemy się, że na lewych stronach zamieszczono krótki przekaz słowny, a na prawych towarzyszy mu obraz. Czarno-biały. Tylko od nas zależy, czy zaczniemy od słowa czy od kadru. W pierwszej chwili pomyślałam, że o ileż piękniejsze byłyby te zdjęcia, gdyby redaktor zechciał umieścić je tam w kolorze. Jednak zagłębiając się w każdą kolejną historię, nabierałam przekonania, że nic lepszego wydawca nie mógł zrobić. Przecież te fotografie w odcieniach szarości mają jedynie inspirować duszę a nie odzwierciedlać obraz.
Czego możemy się spodziewać po „Śnie na Kniaziach”? Bez wątpienia opowieści rodem z pogranicza słowa i przestrzeni. Gmiterek zaczyna od słów. Sączy i cyzeluje je tak, by malowały czas, plener i historie ludzi. Gdy już przemijająca chwila odciśnie swój wzór na pejzażu z wzgórz i pól, gdy wyłoni się z nich opowieść o kolorach ludzkich emocji, które łączyły pobliskie przysiółki, wówczas opowieść dobiega końca. I wtedy kolej na ciebie, czytelniku, bo przed tobą wybór: albo podpatrujesz tę scenerię dalej – nie obawiaj się, nikt cię nie zauważy – już tylko wg scenariusza własnej wyobraźni, albo podeprzesz się fotografią obok, która podpowie ci może szczegóły, może nastrój, a może jeszcze coś zupełnie innego. Albo zespoisz wszystko w całość i dopełnisz słowo obrazem lub obraz słowem. Twój wybór.
            Książka Gmiterka prowadzi po powłóczystym brzuchami wzgórz Roztoczu, gdzie pod krzewem tarniny można odkryć fragment zatrzymanej chwili, gdzie pylasta wstęga drogi zanika w bukowym lesie, gdzie zza tiulu pajęczyn ledwie wyziera kształt kłaniającego się krzyża, gdzie w szumie wody odbija się dawne siedlisko. U Gmiterka nie znajdziesz, czytelniku, banalnych atrakcji czy krzykliwych komercyjnych pokus, to nie jest turystyczny przewodnik. Z jego książką odetchniesz natomiast od tłoku i zerwiesz z gorączkowym pośpiechem. W „Śnie na Kniaziach” czekają na ciebie historie wynurzające się z ulotnego światłocienia, wstydliwe ciszą formy, ponętne w tonacjach smaków. Tylko dla ciebie.
            „Snu na Kniaziach” nie czyta się jednym tchem, nie czyta się go też duszkiem ani ciągiem. Książkę smakuje się i delektuje jak wykwintny smakołyk, co jakiś czas zatrzymując się, by przymknąć oczy i… ujrzeć… poczuć… chwilę… Przenosząc się do krainy łagodności, towarzyszy nam często światłodajny poblask roztoczańskich pejzaży, które autor dodatkowo haftuje gasnącymi siołami, niknącymi cerkwiskami czy butwiejącymi gankami – każde zasobne w inną historię. Gładkie krawędzie słów i delikatne metafory wraz z szeptem liści przydrożnych drzew dopełniają nastroju z mlecznych mgieł i rozcieńczonych tonacji barw. Bo Gmiterek nie tworzy obrazu, on tworzy subtelną aurę kolorując nią chwilę.
            „Sen na Kniaziach” łączy dwa sąsiadujące wymiary: jeden już chybotliwie przeszły i drugi jeszcze nieśmiało teraźniejszy. Tu smugi osobistych historii szybują wśród łąk, osiadają na skorupach zabudowań i próbują trwać w czasoprzestrzeni jak nitki babiego lata… Blisko wiek temu Staff zachwycał się pięknem wysokich drzew, lecz myślę, że opalizujące blaskiem i cieniem Roztocze wg Gmiterka w niczym im nie ustępuje. Czy ten rodzaj prozy, niemal poetycki, świetliście plastyczny, każdemu przypadnie do gustu? Tego nie wiem. Uważam, że każdy powinien sobie sam odpowiedzieć na to pytanie.

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Psychoskok.