05/06/2019

Aleksandra Julia Kotela "Ręce ojca" z Wydawnictwa JanKa


aleksandra julia kotela ręce ojca wydawnictwo janka
A. J. Kotela "Ręce ojca"/Wydawnictwo JanKa

Jeśli mnie pamięć nie myli, nie przypominam sobie, by jakakolwiek książka z Wydawnictwa JanKa kiedykolwiek mnie zawiodła. Trzymając więc przed sobą egzemplarz „Rąk ojca” Aleksandry Julii Koteli, świadomie liczyłam na co najmniej dobry kawałek literackiego chleba, choć – nie powiem – odzywał się i chochlik sceptycyzmu. Na szczęście dotychczasowa reguła sprawdziła się również tym razem, bo książka mną zawładnęła i z pewnością jest to dla mnie ten rodzaj epickiej strawy, po który z dużą przyjemnością sięgnę ponownie w przyszłości.
Julia – bohaterka „Rąk ojca” – młoda dziewczyna, zaledwie dwudziestokilkuletnia, wychowywała się samotnie bez ojca. Jej relacje z matką są jak rany po ostrzu noża, bolesne i dokuczliwe. Kobiety nie potrafią ze sobą rozmawiać, a wzniesiona bariera niczym dawny słup graniczny na Odrze skutecznie trzyma je na dystans. Dowiadując się o śmierci ojca, który zmarł w Heidelbergu, Julia jedzie na jego pogrzeb, by dowiedzieć się czegoś więcej o przeszłości rodzica.
W „Rękach ojca” znajdziemy cechy powieści psychologicznej z rysą kryminału i romansu, a wszystko to podane w atypowy sposób. I chyba ta odmienność stanowi największy wyróżnik stylu zarówno samej Koteli, jak i wykreowanej przez nią głównej postaci. Dzięki differentia specifica książka nie daje się łatwo zaszufladkować i zetykietować. Nie jest to jednak wyłącznie nacisk na wymuszoną oryginalność, a raczej próba poszukiwania w sobie atrybutów stanowiących o naszej indywidualności i tożsamości. Kotela poszukuje odpowiedzi na konkretne pytania, jednakowoż sposób, w jaki peregrynuje, wymaga niejednego przystanku z niemal filozoficzno-egzystencjalnego pogranicza. Odkrywanie i poznawanie własnej tożsamości okazuje się bowiem procesem, który nie zawsze prowadzi do oczywistych wniosków, a nawet nie zawsze opiera się na słusznych założeniach, dlatego Julia często zmuszona jest kluczyć, stawiać pytania, analizować, a nawet mieć wątpliwości. Wewnętrzne samopoczucie bohaterki, w którym przebija się niepewność i strach przed prawdą, niosącą ryzyko konsekwencji i nieodwracalności dokonywanych wyborów, a także instynktowne pragnienie zaspokojenia tęsknoty za ojcem, Kotela wzmacnia uzupełniająco zaledwie kilkoma ruchami pióra, które nie burząc kompozycji, dobarwiają aurę zmętniałym buro-szarym kolorytem Heidelbergu. Tym sposobem prowadzona niemal introwertycznie narracja (podobnie jak sama mizantropijna bohaterka) nie potrzebuje nadmiaru słów, by oddać wyczuwalne w powieści emocje. I choć jest ich wyrażonych wprost może niewiele, to składają się na nieznośną lekkość uczuć, która momentami frustrująco uwiera Julię. Autorka lubi ocierać się o granice zjawisk, czy to sprzeczności czy to paradoksu. W mojej ocenie stanowi to jeden z jej podstawowych asów pisarskich.
Bohaterka tropiąc niestrudzenie ślady ojca, stopniowo odkrywa wielość jego twarzy, przy czym każda z nich – choć różna – okazuje się być jednako prawdziwa. Potrzeba poznania własnych korzeni jest w rzeczy samej intuicyjną koniecznością zrozumienia samej siebie. Kim naprawdę jestem, czyli kto lub co mnie ukształtował? Ile mnie samej we mnie? Co składa się na dualizm ludzkiej natury? Jak bardzo człowiek jest wolny w swoich decyzjach, mogąc o sobie samostanowić? A na ile wpływ na niego mają czynniki od niego niezależne?
Kotela pozwala bohaterce eksplorować przeszłość, jak kropla wody drąży skałę. Niespiesznie, najpierw wierzch i obrzeża, by stopniowo zagłębiać się w zakamarkach, które nie dość, że zawiłe i skomplikowane, to jeszcze jednocześnie fascynująco piękne i przerażające w swych sprzecznościach. Do czego doprowadzi prawda z jej różnorodnymi, acz autentycznymi obliczami? Czy w alternatywie lepsza gorzka prawda niż złudny fałsz, każdy z nas wybierze tę samą drogę?
„Ręce ojca” to książka z charakterem, w której Aleksandra Julia Kotela w podskórnym pragnieniu odkrywania faktów ociera się niemalże o kognitywną teorię względności, a postaciom daje możliwość balansowania w swych zachowaniach na krawędzi odmienności i psychopatii. Autorka przewrotnie modeluje kontrasty, zestawia odcienie czerni i bieli, gdzie każdy szczegół i niuans mają znaczenie, sama być może wyznając zasadę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Kotela ujęła mnie dojrzałym, wyrobionym stylem, wnikliwością obserwacji, sposobem kształtowania narracji tak, bym się zatrzymała, zastanowiła, wróciła do niektórych wątków i odnalazła akurat to jedno słowo lub zdanie, które w przyszłości odegra kluczową rolę. Takie podejście lubię i tego szukam w literaturze.
Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu JanKa.

03/06/2019

Adam Molenda "Fruwające figurki" z Wydawnictwa Akronim



adam molenda fruwające figurki wydawnictwo akronim
A. Molenda "Fruwające figurki"/Akronim
Wrzucając do sakwy rowerowej „Fruwające figurki” Adama Molendy, by w przerwie na przygodnej łące lub polanie sobie poczytać, nie miałam absolutnie żadnych oczekiwań co do lektury. Estetyka okładki taka sobie – ale de gustibus non disputandum, tytuł? – bo ja wiem… Jeszcze szybki rzut oka na tył książki, moszczę sobie miejsce w trawie... Zaczynam… I od razu mknę z nurtem dowcipnej, a miejscami nawet dość frywolnej narracji. Z krótkiej przerwy zrobiła się dłuuuuga, ale nie żałowałam, bo opowieść wprawiła mnie w doskonały humor.
Bohaterowie tej tragikomedii, czy może raczej komediodramatu, to dwie rodziny. Gronowie, a w niej: Artur – szanowany dyrektor szkoły, jego żona – ponętna anglistka i ich kilkuletnia córa. Reprezentują etos inteligenckiej i statecznej familii. W przeciwnym narożniku Żyłowie w osobach mrukliwego, ale biznesowo nad wyraz rozgarniętego Józia oraz jego żony, Renaty, aż nadto dobrze zorientowanej w lokalnych koneksjach i osiedlowych ploteczkach. Dla równowagi kompozycyjnej autor przydał im też małoletniego syna. Żyłom z kolei rytm w kieszeniach wybija dźwięk złotych monet, do tego oboje zaradni i obrotni. Przewrotny los zagiął parol na Artura i wszelkimi dostępnymi sposobami, systematycznie rozbudza w nim chęć poprawienia sobie standardu życia. Przykłady wśród znajomych ewidentnie pokazują, że tylko rozpoczęcie własnego biznesu może przynieść rodzinie upragniony dostatek. Do tego jego samcze ego podbudowywane jest wzorcami męskiej witalności z dzieł literackich, jako że Artur pisze doktorat o… uprawianiu miłości. Z chwilą gdy wspólny biznes połączy obie rodziny, zaczyna się jazda po równi pochyłej i z każdym kolejnym rozdziałem zastanawiamy się, co jeszcze może się przydarzyć, skoro podobno gorzej już być nie może i jaki finał znajdzie ta historia.
Molenda buduje narrację osadzając ją na kontrapunkcie, gdzie przeciwwagą dla nauki, wiedzy, światłości, inteligencji oraz wszelkich wzniosłych ideałów staje się banalna mamona, czyli żądza pieniądza, a wraz z nią komplet negatywnych cech, jak choćby materialna chciwość, leniwe wygodnictwo, komercyjne pozoranctwo, prostactwo czy kulturowy prymitywizm. Już na pierwszy rzut oka widać, że wartościom tak dalece rozbieżnym trudno będzie znaleźć punkty styczne, które nie wywoływałyby ognisk zapalnych wymagających interwencji w postaci rozbudowanego pakietu środków zaradczych. Jakby tego było mało, w tę spinającą klamrę autor wprowadza dla ubarwienia dodatkowy wątek – erotykę jako czynnik sprawczy zachodzących wydarzeń i niosący wielce bałamutne skutki. Wije się ona niby biblijny wąż-kusiciel między bohaterami, ciał wszelkich rozmaitość wodząc na nieobyczajne pokuszenie i wieczne potępienie…
Frapuje styl Molendy, miejscami ocierający się o prześmiewczą satyrę, z postaciami niemal karykaturalnymi i rzeczywistością przedstawioną jak w krzywym zwierciadle. Wyraziści bohaterowie ze zindywidualizowanym sposobem wypowiedzi (raz barwnym, raz soczyście obiegowym) dodają „Fruwającym figurkom” niezbitego uroku. A „społecznie nieprzystosowany” (czytaj: uczciwy i prostoduszny)  intelektualista próbujący rozpocząć przygodę w świecie small biznesu, w którym panuje bezlitosne prawo kapitalistycznej dżungli, czyli zarabiaj albo giń, zestawiony z cwaniackim i nieokrzesanym podejściem wspólnika mającego własną pokrętną moralność, zadziwia i bawi niepomiernie swą inteligencką nieudolnością na arenie biznesu. Bo jakże można mieć głowę nabitą cytatami z klasyków albo zachwycać się wysoką kulturą, a nie posiadać choćby odrobiny instynktu przedsiębiorczości podpowiadającego, gdzie można zrobić korzystny finansowo handelek? No, jak?
Jakie więc etyczne przesłanie należałoby wysnuć z treści „Fruwających figurek” Adama Molendy? Czyżby autor chciał nam powiedzieć, że brudny szmal nie powinien przekroczyć progu szlachetnych idei? To trochę jak dylemat  filozoficzny „Mieć czy być?” rodem z Fromma o różnych sposobach egzystencji. Dajmy spokój zawiłym traktatom, lepiej wróćmy do „Fruwających figurek”, skoro możemy tu znaleźć mnóstwo żartobliwych scen, lotnych dialogów, zmyślnej akcji  i „filutnej” erotyki. Życzę Wam miłej lektury.
Za egzemplarz książki dziękuję Adamowi Molendzie oraz Wydawnictwu Akronim.

31/05/2019

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA - Artur Jasiński "Baśń o dębowym sercu" z Wydawnictwa Psychoskok

artur jasiński baśń o dębowym sercu psychoskok dla dzieci
A. Jasiński "Baśń o dębowym sercu"/Psychoskok

            Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami, za siedmioma dolinami… znajdowała się wcale nie taka zwyczajna kraina… Tam właśnie będą rozgrywać się wydarzenia z debiutanckiej „Baśni o dębowym sercu” Artura Jasińskiego. A ja po tę lekturę sięgnęłam dlatego, że brakowało mi ostatnio bajkowych klimatów idealnie nadających się do wprowadzenia mnie w pogodny stan relaksu.
            W zapomnianej już przez wielu krainie istniała sobie dziwna wioska. Dziwna z kilku powodów. Nie rosły wokół niej ani lasy, ani nawet krzewy czy inne rośliny. Za każdym razem gdy padał deszcz, woda momentalnie znikała jak zaczarowana i znowu nie było szansy na zbiory. Kolejnym dziwem był rozłożysty dąb. Tkwił on sobie samotnie niedaleko wioski mimo wszechobecnej suszy i napawał mieszkańców przerażeniem swym ogromem, dlatego nadali mu nazwę Straszny Dąb. Następnym dziwem była studnia w wiosce, która wbrew niesprzyjającym okolicznościom i ku zaskoczeniu wszystkich nadal wypełniona była wodą, dzięki czemu trzymała mieszkańców przy życiu. Jednak gdy już wszelkie zapasy żywności były na wyczerpaniu, ze smutkiem uznano, że trzeba opuścić wioskę i udać się w poszukiwaniu lepszego miejsca na dom. Zanim jednak tak się stanie, mieszkańcy powinni dać sobie ostatnią szansę i wykonać misję wymagającą nie lada odwagi, czyli porozmawiać ze Strasznym Dębem, chcąc poznać jego tajemnicę – czemu mimo braku wody nadal stoi i wzbudza trwogę wśród mieszkańców. Wykonania tego zadania podjął się mały Antek. Tak oto zaczyna się historia, która zaprasza nas do świata magii, zaklęć i cudownych wydarzeń.
Jak na prawdziwą baśń przystało, znajdziemy tu niemal wszystkie jej charakterystyczne cechy. Niech wspomnę choćby walkę dobra ze złem, przy czym dobro zwycięża, bo przecież inna wersja nie wywarłaby na czytelniku edukacyjnego wrażenia, zwłaszcza że w tym przypadku bajka kierowana jest do młodego odbiorcy a jej celem jest pokazywanie i utrwalanie słusznych wzorców etyczno-moralnych. Mamy szlachetnych i złych bohaterów. Nie brak cudownych zdarzeń, przedmiotów o nadnaturalnej sile czy właściwościach. Są też czary i zaklęcia. Jest wymowna symbolika i nieskomplikowana akcja. Jest jednak coś jeszcze. Coś, co sprawia, że słuchając tej opowieści z łatwością wczuwamy się w atmosferę wydarzeń, z zaciekawieniem towarzyszymy Antkowi podczas trudnej wyprawy, niemal cierpnie nam skóra w niebezpiecznych momentach, razem z nim się martwimy, razem z nim cieszymy. Niezauważalnie w trakcie lektury doznajemy niezwykłej metamorfozy – przestajemy być poważnymi dorosłymi, zrzucamy maski i niczym kilkulatkowie śledzimy losy dziarskiego Antka w wyczekiwaniu, co też tam jeszcze mu się przytrafi. Uczestnicząc w takich przygodach, odzywają się gdzieś głęboko ukryte dziecięce emocje, które zbudzone ze snu zaczynają powoli nabrzmiewać. wyzwalając w nas pozytywne fluidy. Skoro sami dajemy się tak łatwo porwać do świata magii, pomyślcie tylko, z jakimi wypiekami na twarzy może przeżywać Antkowe wyprawy maluch, który będzie ich słuchał.
„Baśń o dębowym sercu” to klasyka gatunku w nowej odsłonie, do tego także inspirująco ilustrowana przez Pawła Kasperka. Kolorowe obrazki przedstawiają wybrane sceny z baśni i mogą stać się miękkim wprowadzeniem do dyskusji również na inne tematy, doskonale bowiem rozbudzają dziecięcą wyobraźnię. Na  stronach zastosowano też zgrabną ornamentykę z motywem liści dębu, a stylizowana, duża i czytelna czcionka uprzyjemnia czytanie. Wszystko to sprawia, że czytana kojącym głosem kogoś bliskiego „Baśń o dębowym sercu” toczy się rytmem wyznaczanym przez łagodny szmer liści króla drzew, które raz ledwo słyszalnie szumią, innym razem podrywają się do wirującego tańca z kolegą wiatrem. Niosą nas jednak bezpiecznie, bo za tarczę ochronną bohater ma dobre intencje, szczere oddanie, odwagę oraz magiczne moce. W starciu z nimi wszelkie zło, chciwość i niesprawiedliwość nie mają szans.
„Baśń o dębowym sercu” ma – znowu jak na baśń przystało – swoje czarowne piękno. Niech ten urokliwy dar zostanie z nami jak najdłużej – nie tylko na czas czytania bajek, klechd czy legend, abyśmy nasze z życia wzięte historie także mogli kończyć słowami… i żyli długo i szczęśliwie.
Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Psychoskok.

30/05/2019

ZAPOWIEDŹ - Dominika Smoleń "Serce na sprzedaż" z Wydawnictwa Replika

dominika smoleń serce na sprzedaż replika
D. Smoleń "Serce na sprzedaż"/Replika
Aleksandra - bohaterka "Serca na sprzedaż" Dominiki Smoleń - nie miała łatwego życia. Brak perspektyw, dzieciństwo spędzone tylko z matką, nieznany ojciec – to tylko kilka z trudności, z którymi przyszło jej się zmierzyć. Pewnego dnia jej los nagle się odmienia: dostaje propozycję pracy w promocji w znanym wydawnictwie książkowym. Dziewczyna jest tym bardzo podekscytowana. Nie obejdzie się jednak bez komplikacji. Otóż Aleksandra zaczyna czuć coś więcej do swojego szefa. Jakby tego było mało, okazuje się, że praca na etacie nie pozwoli jej na opłacenie wszystkich rachunków, więc dziewczyna musi zacząć dorabiać w inny sposób. Z pomocą przychodzi jej przyjaciółka. Pytanie tylko: czy pomoc Emilii naprawdę zmieni jej życie na lepsze, czy raczej doprowadzi do katastrofy?
Pojawiają się sceny erotyczne.
Jest to chyba jedna z najlepszych książek, jaką napisała Dominika Smoleń - jak sama przyznaje. Być może książka jest nawet lepsza od "Biegu do gwiazd", który od początku zdobywa świetne oceny i bardzo dobre opinie!

PREMIERA: 11.06.2019