30/09/2021
Założyciele Wydawnictwa JanKa gośćmi "Rozmów z Duszkiem"
Janina Rogalska-Koźbiel i Jan Koźbiel
24/09/2021
Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" i Kate Brown "Czarnobyl. Instrukcje przetrwania" z Wydawnictwa Czarne
![]() |
Swietłana Aleksijewicz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" i Kate Brown "Czarnobyl. Instrukcje przetrwania" z Wydawnictwa Czarne |
Niezmiernie rzadko przedstawiam Wam książki w pakiecie. Taka sytuacja miała
miejsce w przypadku książek Macieja Siembiedy pt. „444” oraz „Miejsce i imię”,
a także Kena Folletta „Filary ziemi”, „Świat bez końca” i „Słup ognia”. Zestawy
łączyła nić przewodnia – główni bohaterowie lub potomkowie głównych bohaterów. Co
jest nicią przewodnią w przypadku tytułów „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Swietłany
Aleksijewicz czy „Czarnobyl. Instrukcje przetrwania” Kate Brown? Poszukajmy. Pierwsza
zbieżność: autorki są kobietami. Owszem. Druga zbieżność: oba tytuły to
reportaże. Zgadza się. Trzecie powiązanie: oba ukazały się z wydawnictwa
Czarne. Tak. I kolejne: historie przedstawione w obu książkach dzieją się w
Związku Sowieckim. To wszystko racja, lecz tak naprawdę zdecydowałam się przedstawić
Wam te tytuły razem ze względu na jeden – dla mnie niezwykle istotny – powód, a
mianowicie obie te książki pokazują, jak niewiele warte jest życie jednostki żyjącej
w systemie, w którym w imię szczytnego „dobra ojczyzny” nieludzka władza jest w
stanie poświęcić bez wyjątku każdego ze swoich obywateli, natomiast zindoktrynowani
obywatele są w stanie oddać państwu to, co mają najcenniejsze, życie własne i
swoich bliskich.
O drugiej wojnie światowej powstało wiele książek, mnóstwo filmów, a wojna
ojczyźniana, czyli obronna przeciwko agresji Niemiec w 1941 r. na ZSRR, wciąż
jest tematem budzącym w Rosji skojarzenia z nadludzkim bohaterstwem niezłomnych
żołnierzy. Swietłana Aleksijewicz w reportażu „Wojna nie ma w sobie nic z
kobiety” zmieniła perspektywę i przeniosła ciężar z męskiego heroizmu na wojnę
ukazaną oczami kobiet, które również służyły w armii. Były lekarzami, sanitariuszkami,
telefonistkami, zaopatrzeniowcami, szyfrantkami, lecz także strzelcami
wyborowymi, mechanikami, lotniczkami, fizylierkami… długo by można wymieniać.
Co ważne, w relacjach rozmówczyń, do których dotarła Aleksijewicz, i które
przytacza w szerokich fragmentach, nie dominuje obraz męstwa czy odważnych czynów,
choć te również tam się pojawiają, a wyłania się obraz krzywd, bólu,
cierpienia, codziennego znoju, brudu, niedożywienia, zmęczenia i bezradności,
obraz końca życia i jego odmian od szybkiej śmierci do powolnego konania. Aleksijewicz
przytacza na tyle obszerne wypowiedzi, że czytelnik samodzielnie i bez zbędnej narracji
może odtworzyć rozgrywające się sceny wojenne. Jest z nimi pozostawiony sam, by
je przeżył wewnętrznie, odczuł intuicyjnie. W niemal każdej relacji wciąż czuć
ogromne emocje, a przecież Aleksijewicz prowadziła te rozmowy grubo po 40
latach od zakończenia wojny. Rozmówczynie wspominają nastroje, w jakich zaciągały
się w szeregi czerwonoarmistów, a z czasów walk niemal wszystkie zapamiętały głównie
wstrząsający zapach krwi, pożogi i zwęglonych ciał. Niektóre do tej pory nie
ubierają nic czerwonego. Nauczyły się żyć z wojennymi widmami, pochowały je w głębokich
zakamarkach świadomości, dopóki po nie znowu nie sięgną. Mówiąc o niektórych
chwilach, nawet po dziesiątkach lat nadal łamie im się głos, bezradnie milkną,
bo gdy raz zetknąłeś się z wojną, ona już cię nigdy nie opuści. Zawsze będzie tkwić
zadrą w sercu.
Aleksijewicz poruszyła także aspekt kobiecej fizyczności aż po zmagania się
z fizjologią, dla której wojna nie zawsze okazywała się być barierą, myć się
trzeba było mimo wybuchów, a wypróżniać pod ostrzałem. Nie było ani czasu, ani
miejsca na intymność. Większość kobiet wspomina, że najczęściej albo z
wycieńczenia, albo z powodu traumatycznych przeżyć zatrzymywał się im cykl miesiączkowy,
wcześniej też musiały sobie jakoś radzić. Zero taryfy ulgowej.
Niezwykle poruszające okazały się
wypowiedzi żołnierek, jak były postrzegane po wojnie zarówno przez mężczyzn,
jak i przez inne kobiety, które nie walczyły. Frontowe dziewczyny skażone okrucieństwem
walk i wszechobecnej śmierci nadawały się na pocieszycielki, na wojowniczki, lecz
już nie na żony, kochanki czy matki.
Zaskakujące z mojego punktu widzenia okazały się motywacje kobiet,
dziewcząt, które mimo młodego wieku (poniżej 18 lat) próbowały zaciągnąć się do
armii w obronie ojczyzny. Często musiały uciekać się do kłamstw, by ominąć procedury
wstąpienia w wojskowe szeregi, a wszystko dla rodzinnej ziemi. Tego wymagał przecież
od nich komsomolski honor, wychowanie oraz okoliczności polityczne, poza tym
oczekiwał tego od nich sam dobrotliwy batiuszka Stalin. Czas szybko zweryfikował
zarówno ich motywacje, jak i oczekiwania. Nie tylko powojenne powroty radzieckich
jeńców z niemieckiej niewoli pokazały, jak ojczyzna traktuje swoich obrońców. Lepiej
zginąć lub samemu się zabić, niż trafić do niewoli. Jeniec w ówczesnej perspektywie
rządzących to zaprzaniec i zdrajca.
Jak wspomniałam wcześniej, Aleksijewicz rzadko wkracza w relacje swoich
rozmówczyń. Właściwie głównie na początku wprowadza czytelnika w tło zbierania
materiałów, a potem zostawia go sam na sam z kobietami, z ich emocjami, przeżyciami,
wspomnieniami. Surowość tych faktów, opisy zdarzeń, choć przytaczane dziesiątki
lat po wojnie, wciąż zatrważają autentycznością i piorunują mocą.
„Czarnobyl. Instrukcje przetrwania” Kate Brown to również reportaż, to
również historie, które wydarzyły się na terenach dawnego ZSRR. Chyba większość
z nas pamięta, że 26 kwietnia 1986 r. wybuchł reaktor elektrowni jądrowej, w
efekcie doszło do skażenia ogromnych terenów nie tylko wokół samej elektrowni. Blisko
pół wieku od zakończenia wojennej tragedii dochodzi do kolejnej, wprawdzie nie
wojennej, lecz znowu takiej, w której życie ludzkie dla państwa nie jest warte
funta kłaków.
Reportaż Kate Brown jest zupełnie inny w formie od tego, który stworzyła Swietłana
Aleksijewa. Brown wprawdzie również przez lata przedzierała się przez ogrom materiałów
dot. Czarnobyla, jednak czytelnikowi przedstawia fakty już w otoczce
komentarza. Obszernych cytatów nie macie tu co szukać, ledwie krótkie wypowiedzi
wplecione w narrację. Autorka prowadzi czytelnika za rękę obranymi przez siebie
ścieżkami, podsuwa fakty, interpretuje je, analizuje. Robi to w sposób fachowy,
konsekwentny. Rozprawia się z argumentami przeciwników, ani na chwilę nie tracąc
celu. Brown skupiła się nie tyle na samym fakcie awarii w elektrowni, co na jej
skutkach, próbach nieratowania mieszkańców – pozornych wysiłkach podejmowanych
bezpośrednio po wybuchu, jak i później, po tygodniach, miesiącach i latach (zresztą
aż do dziś).
Czy jeśli oczy nie widzą krwi, nie widzą rozczłonkowanych ciał, a uszy nie
słyszą jęków konających, to czy rozmiar tragedii jest mniejszy? Najwidoczniej. W
przypadku katastrofy, jaka miała miejsce w Czarnobylu, nie było krwi, nie było pokiereszowanych
zwłok. W ogóle niewiele było wiadomo, bo świat o zdarzeniu dowiedział się post
factum a i to ze źródeł pośrednich. Może więc i wybuchu też nie było? Wg
oficjalnych danych w następstwie katastrofy w Czarnobylu zginęły 54 osoby. W dwudziestym
wieku wiedziano o skutkach reakcji atomowych, po zbombardowaniu Hiroszimy i Nagasaki
badano osoby zwane hibakusha, czyli te, które przeżyły wybuch atomowy,
poza tym mocarstwa przez lata prowadziły próby nuklearne, mierząc ich
następstwa. Lekarze i naukowcy znali skutki choroby popromiennej, jednak tu
przez lata większość medyków, fizyków i innych specjalistów twierdziła, że
dawka promieniowania była zbyt mała, żeby móc mówić o negatywnych konsekwencjach.
Brown przekopuje mnóstwo raportów, sprzecznych danych, fragmentarycznych
zbiorów analiz, niekompletnych opisów, próbując pokazać, jak starano się
bagatelizować skutki katastrofy. Z mojej perspektywy niezwykle interesujące są
intencje nie tylko samego ZSRR i republik związkowych, lecz także państw i
instytucji ościennych, zainteresowanych wykazaniem, że technologia atomowa to
samo złoto. Oczywiście można dyskutować nad jej wadami i zaletami, czy w ogóle jesteśmy
w stanie zabezpieczyć się przed sytuacjami nieprzewidzianymi, co pokazuje choćby
przypadek Fukushimy, ale mnie absolutnie pochłonęły działania służb
przerzucających się odpowiedzialnością za tragedię, umniejszających skutki
promieniowania, zastraszających tych, którzy ośmielili się zauważać związek przyczynowo-skutkowy
między wybuchem a późniejszymi zachorowaniami.
Reportaż Brown to nie są suche fakty i liczby, to pokazanie sytuacji milionów
osób z obszarów pogranicza, głównie między Ukrainą i Białorusią, które nadal żyją
w skażonych domach, uprawiają radioaktywną ziemię, a ich dzieci chodzą do lasu
na jagody i grzyby, które nierzadko przekraczają limit dawek bekereli
przewidziany dla żywności.
Ludzie z okolic Czarnobyla nie noszą broni i nie strzelają, ale toczą walkę,
walkę o życie, walkę o przetrwanie, a pośrednio też o dostęp do informacji i
prawdy. Do nich też nikt nie strzela, nie podkłada bomb. Nie musi. Mieszkańcy
są podtruwani regularnie, a efekty przychodzą może później niż w przypadku
stosowania broni konwencjonalnej, ale są niemal równie nieuchronne.
Brown obnażyła obłudę ZSRR, który znowu w imię wyimaginowanego bezpieczeństwa,
w imię dobra ojczyzny, w imię wzniosłych ideałów skazuje swoich obywateli na
cichą śmierć i pełzające choroby. Znowu zwykły człowiek poległ w zderzeniu z
ideą narodową, gdzie KGB mistrzowsko posługuje się kłamstwem i judaszową propagandą,
byle nie przyznać się do odpowiedzialności. Związek Sowiecki w istocie od lat nie
zmienił swych metod. Jeden człowiek więcej, jeden mniej nie robi różnicy, czego
nie można powiedzieć o słupkach notowań politycznych.
Brown nie oszczędza też niektórych instytucji, naukowców czy lekarzy,
którzy z kolei w imię własnych interesów potrafią sprzeniewierzyć życie i
zdrowie innych. Jej książka, nawet jeśli nie jest wolna od wad, w świetny sposób
ukazuje funkcjonowanie powiązań, grup interesów, jak można rozmywać argumenty,
pływać w mętnej wodzie i zmieniać front w zależności od okresowych trendów.
W „Czarnobylu. Instrukcjach przetrwania” autorka zwraca też uwagę na
szerszy, globalny kontekst wykorzystania energii z atomu. Stawia pytania
dotyczące bezpieczeństwa i korzyści nie tylko dla samego społeczeństwa, lecz również
dla środowiska.
Jak widzicie, obie przedstawione przeze mnie książki są wprawdzie różne
tematycznie i bardzo odmienne stylistycznie, jednak łączy je podejście do
wartości, jaką jest życie ludzkie. Twór państwowy, który wykorzystuje intencjonalnie
obywateli dla swoich celów, nie waha się poświęcić ich życie dla doraźnych
zadań, w mojej ocenie nie jest godny nazywać się państwem.
Książki pt. „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” Swietłany Aleksijewicz oraz
„Czarnobyl. Instrukcje przetrwania” Kate Brown ukazały się pod auspicjami
Wydawnictwa Czarne i obie te pozycje gorąco Wam polecam.
14/09/2021
Krzysztof Varga "Masakra" z Wydawnictwa Wielka Litera
![]() |
Krzysztof Varga "Masakra"/ Wielka Litera |
Jeszcze w cielęcych latach
grupa kolegów z podstawówki miała zasadę określającą, które książki SIĘ czyta,
a po które SIĘ w ogóle nie sięga. Jeśli pozycja była pokaźnych rozmiarów i zawierała
niewiele dialogów, nie miała szans, by któryś z chłopaków zaszczycił ją swoją
uwagą. Dlaczego o tym wspominam? Bo wg tego kryterium „Masakra” Krzysztofa
Vargi w ogóle nie powinna trafić w moje ręce. Książka liczy sobie 544 strony i powiedzmy,
że jest skąpodialogowa.
Główny bohater, Stefan
Kołtun, były lider zespołów muzycznych „Masakra” i „Wywłoka”, po tygodniowym
ciągu alkoholowym budzi się skacowany, by nie powiedzieć, że zmasakrowany
mentalnie, duchowo i cieleśnie, na podłodze własnego mieszkania. W domu ani
grama alkoholu, ani ćwierci człowieka, Stefana nie licząc, bo on to raczej
zwłoki funkcjonujące na oparach etanolu. Wyparowała też mamona i zaginął
telefon, a suchą grdykę czas już najwyższy czymś przepłukać. Stefan wyrusza więc
w miasto, by nasączyć swe ciało procentowymi płynami, a przy okazji odnaleźć nieślubną
żonę i dzieci. Przede wszystkim zamierza dotrzeć do swego menagera, licząc, że
ten jak zwykle wyciągnie go z tarapatów i poratuje kasą. Sierpniowy upalny
wieczór w Warszawie potrafi być nieznośny, a droga z Saskiej Kępy, gdzie
mieszka Stefan, do domu Mariana w Śródmieściu może obfitować w wiele
przeciwności. Na trasie eskapady pojawiają się starzy znajomi Stefana, np.
Prezes mający fantastyczny dar do cudownego pomnażania majątków firm, niedoceniany
i przez to zgorzkniały Poeta, Wiedźma – wciąż pociągająca, choć już przecież eksgirlfriend
muzyka, czy wreszcie tajemniczy nieznajomy Lucjan, który zadziwia zrozumieniem
i nadzwyczajną wręcz wielkodusznością. Zaczyna się droga nie tylko przez Warszawę.
Nie od wczoraj wiadomo, że ostrość
języka Krzysztofa Vargi jest oceniana na 6+ (nie kojarzyć z 500+). Do tego
natura obdarzyła go wprawnie świdrującym okiem obserwatora (lub dla precyzji nawet
parą takich bystrych ocząt) i dodała pakiet bujnej wyobraźni wymykającej się z ram
mieszczańskiej zacności. Sporą część tych przymiotów autor przenosi na swoich bohaterów
oraz narratora z „Masakry”. W efekcie czytelnik dostaje atrakcyjną historię, w
której Varga bezpardonowo masakruje współczesne polskie społeczeństwo. Tu wbije
szpilę, tam obnaży, gdzie indziej cierpko skwituje albo i drwiąco podsumuje. Odziera
rzeczywistość z hipokryzji w błyskotliwym stylu albo w błyskotliwych stylach,
bo do czarnej roboty wykorzystuje nie tylko głównego protagonistę, zapijaczoną gwiazdę
punkrockową o przebrzmiałej sławie, lecz także napotkanych znajomych. Razy
sypią się na prawicowców i lewicowców, na liberałów i konserwatystów,
idealistów i materialistów, intelektualistów, artystów, biznesmenów, młodych i
starych. Przy czym Varga nie tyle dyskredytuje ich poglądy, co bardziej ich
hipokryzję, sztuczność, brak autentyczności, życie pod publiczkę i na pokaz.
Doskonale do tego celu wykorzystuje modelowe postaci. Przywołajmy tu jeszcze raz
wspomnianego wcześniej Prezesa – szemranego cwaniaczka-biznesmena czy magistra
Wątrobę – zjadliwego krytyka literackiego, któremu Varga (zresztą nie tylko
jemu) pozwala formułować prowokujące tezy, ot choćby taką „Bezmyślność jest
cnotą najwyższą (…) Albowiem w bezmyślności osiąga się nirwanę.”*), a
następnie – ku uciesze czytelnika – rozwijać, uzasadniać i okopywać się w
argumentach swoich konfrontacyjnych racji.
Wydawca na okładce określa „Masakrę”
jako powieść drogi w dwojakim znaczeniu. Po pierwsze, przez miasto stołeczne i
po drugie, przez pijacką mękę. Poświęćmy chwilę temu pierwszemu znaczeniu. Tu Stefan
przebija się przez miasto w popołudniowo-wieczornym sierpniowym skwarze, upocony
forsuje warszawskie ulice, sapiąc zdobywa mosty, bierze w posiadanie rozgrzane chodniki,
okupuje dla ochłody lokale rozmaitej konduity, a nawet ucina sobie poważny
dyskurs filozoficzny ze spiżowym mieszkańcem centrum – samym mistrzem Prusem.
Varga wiodąc Stefana przez
współczesną Warszawę, z niemal przewodnikową dokładnością opisuje pokonywaną przezeń
trasę. Ale to nie tylko realna Warszawa stanowi crème de la crème
powieści, lecz również to, co się pod jej współczesnością kryje, z czego
pochodzi i do czego prowadzi. I znowu Varga, głównie myślami Stefana, natrząsa się
z dzielnic mieszkaniowych parweniuszy korpoepoki, z nuworyszowskich przyzwyczajeń
i rozrywek typowych dla libertarian, relatywistów czy też innych światopoglądowców,
nie oszczędzi narodowych mitów i lęków tożsamościowych z tak uwielbianą przez określone
środowiska gloryfikacją walki przeciwko wrogom ojczyzny, w której tym więcej bałwochwalczego
pietyzmu i otumaniającego katolicyzmu, im więcej ofiar śmiertelnych.
W tej masakrycznej
marszrucie Stefan przechodzi męki człowieka skacowanego. Varga doskonale,
miejscami z fizjologicznymi szczegółami, pokazał etapy i niuanse stanu od wybudzenia
się z pijackiego snu poprzez kolejne fazy trzeźwienia, dolewania procentów do
umęczonego ciała, by nie cierpiało zanadto na skutek efektów ubocznych ulatniającego
się nadmiernie szybko odurzenia, aż po ponowne otumanianie się mocnymi trunkami
w celu zachowania komfortu funkcjonowania na tyle, by choć móc utrzymać się w pozycji
zbliżonej do pionu. Varga jest wobec swojego bohatera bezlitosny. Nigdy nawet
nie zaproponował mu (uwaga, będzie reklama) choćby popularnego 2KC na
złagodzenie skutków syndromu poalkoholowego, a pompuje w niego kolejne łyki wody
ognistej w różnych postaciach. Stefan poci się, drży, przeżywa lęki, katuje się
wspomnieniami i wyrzutami sumienia, a my miast mu współczuć w cierpieniach, świetnie
się bawimy. Skądinąd, Stefan sensowniej myśli, będąc na rauszu niż trzeźwiejąc,
bo wówczas jego myśli stają się coraz bardziej niezborne. Czyżby rzeczywiście in
vino veritas?
„Masakra” Vargi to nie tylko droga przez miasto i pijacką mękę, to przede wszystkim tour de polskie społeczeństwo, z jego dawnymi i aktualnymi fobiami, mitami i bolączkami, o czym już wcześniej wspomniałam. Varga w inteligentny sposób szydzi, drwi sobie z nas samych i nie raz i nie dwa trafnie dźgnie czytelnika pod serce. Ten czytelnik jednak nie czuje się poruszony na długo, bo wciąż ma wrażenie, że to jednak nie dzieje się naprawdę i że to tylko wytwór pijackiej rozregulowanej wyobraźni. To wygodne usprawiedliwienie pozwala mu bezkarnie śmiać się z perypetii Stefana, a po zakończeniu lektury nałożyć maskę i wrócić do wygodnych przyzwyczajeń myśląc w duchu do siebie, jak to dobrze, że nie jest upadłym pijanicą, a kimś o wiele lepszym.
*) Cytat pochodzi z „Masakry” Krzysztofa Vargi.
07/09/2021
Magdalena Grzebałkowska "Beksińscy. Portret podwójny" z Wydawnictwa Znak
![]() |
Magdalena Grzebałkowska "Beksińscy. Portret podwójny"/ Wydawnictwo Znak |
Biografie i życiorysy zawsze mnie pociągały. Lubiłam
zagłębiać się w żywoty cezarów, świętych i nieświętych, naukowców, polityków. Czytałam
je chętnie. Tak było i tym razem, gdy sięgnęłam po „Beksińskich. Portret
podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej. Książka wprawdzie odleżała się nieco na
dysku, bo trafiła do mnie w wersji elektronicznej, a ja ostatnio staram się
ograniczać obcowanie z ekranami, bo po prostu moje oczyska tego nie
wytrzymują. Po godzinie gapienia się w monitor wyglądam jak zombie, a oczu mało
sobie nie wydrapię. Ale to taka dygresja. Tym razem też wyglądałam jak zombie,
zakraplałam sobie oczy, byle jeszcze trochę doczytać, byle się tylko nie
oderwać od lektury. Zwyczajnie mnie pochłonęła i przepadłam z kretesem. Ach,
jak ja lubię, tak zagubić się w historii i zapomnieć o Bożym świecie. A tym
razem spodobała mi się zarówno treść, jak i forma. W przypadku biografii zawsze
zastanawiało mnie, jak to w ogóle możliwe pokazać prawdziwą osobowość,
prawdziwą twarz drugiego człowieka. Przecież zdarzało się, że sama opisywana
osoba potrafiła się nie zgadzać z własną biografią, potrafiła kwestionować
fakty, podważać sposób ujęcia. Mam tu oczywiście na myśli osoby, których biografie
ukazały się jeszcze za ich życia. Czyli obraz danej osoby może być jednocześnie
prawdziwy i nieprawdziwy. Ale może to jest właśnie ten element, który mnie w
biografiach pociąga? Ot, taka moja przewrotność.
O
Beksińskich lub chociaż o Beksińskim-artyście chyba każdy słyszał. W książce
Grzebałkowska przedstawiła portret i ojca, i syna (stąd w tytule mowa o
portrecie podwójnym). To na nich się przede wszystkim skupiła, choć do najbliższej
rodziny należała też przecież Zofia – żona Zdzisława i matka Tomasza. Zdzisław
Beksiński to jeden z bardziej rozpoznawalnych współczesnych malarzy. Uważa się
go za kontrowersyjnego z uwagi na dominującą w jego twórczości tematykę. Pełno
w niej kościotrupów, zdeformowanych ciał, erotyczno-pornograficznych
podtekstów, wieje śmiercią i grozą. Artysta w wieku 76 lat został zamordowany w
swoim mieszkaniu. Natomiast Tomasz Beksiński, syn Zdzisława i Zofii, tłumacz,
prezenter radiowy, miłośnik i znawca muzyki oraz filmu, kilkakrotnie próbował
popełnić samobójstwo, raz o mało nie zginął w katastrofie samolotowej. Życie
odebrał sobie skutecznie mając 41 lat.
W
opisie zamieszczonym na okładce Wydawnictwo Znak podkreśla, że jest to książka
o miłości. Pewnie też, choć czytając ją, bardziej miałam wrażenie, że jest to
historia samotności. Odmian miłości jest wiele. Te przedstawione tutaj raczej
zakwalifikowałabym do relacji trudnych. Każda z przedstawianych osób, nawet
Zofia, której jest na kartach tak niewiele, to oryginał. Utalentowany ojciec,
inteligentny syn, wyrozumiała do granic kobieta i… ta ustawicznie utrzymująca
się poprawność. Między nimi jest tak wyczuwalny dystans, jakby w pewnych
zakresach fal nie wchodzili między sobą w interakcje. Przecież rozmawiali ze
sobą często, nierzadko dyskutowali, a jednak brak między nimi spoiwa
emocjonalnego, jakby nigdy nie rozgrzali emocji do granic możliwości, a pewne tematy
pozostawały poza skalą. Każdy z nich był dla siebie tak bardzo odrębny, że chyba
nigdy nie byli dla siebie naprawdę razem. Mimo że łączyło ich tak wiele, to jeszcze
więcej od siebie oddzielało. Żyjąc w swych fascynacjach, nie żyli ze sobą.
Grzebałkowska doskonale
wychwyciła tę osobność, jednostkową odrębność każdego z nich. Najpierw
wprowadza nas w świat Zdzisława, potem gdy pojawia się i dorasta Tomasz,
stopniowo on skupia na sobie uwagę, aż do kulminacyjnego efektu rozstania się z
życiem poprzedzonego okresem rozczarowań i miłosnych zawodów. Zarysowują się
podobieństwa i różnice osobowościowe między ojcem i synem, ich fascynacje,
manie, niemal fobie. W ostatnich latach daje się odczuć gorączkowość charakteru
Tomasza, duszące go lęki, szarpanie się z uczuciami. Rzadko jednak obszary ich współistnienia
się zazębiają, zadziwiają ich obawy o naruszenie sfery wolności drugiego.
Grzebałkowska niewiele zostawia sobie miejsca do
własnej interpretacji faktów. Tylko czasami pozwala sobie na pokazanie własnego
stosunku do tego, co działo się w życiu każdego z nich. Tak jest na przykład w
przypadku fragmentów dot. zasztyletowania Beksińskiego. W przeważającej jednak mierze
daje pole materiałom źródłowym o Beksińskich. Książka jest wręcz nimi naszpikowana.
Wypowiadają się osoby, które znały rodzinę, np. Maria Turlejska, Henryk Waniek,
Jerzy Lewczyński, Anja Orthodox. Dodatkowo autorka zamieściła mnóstwo urywków korespondencji,
zwłaszcza Zdzisława, który namiętnie wymieniał listy ze znajomymi. Są obszerne wyimki
z dziennika fonicznego artysty. Znajdziemy też sporo opatrzonych podpisem
fotografii zarówno z życia rodziny, jak i reprodukcje dzieł Zdzisława
Beksińskiego. Tak zebrany materiał pozwala czytelnikowi zestawić obraz i
dokonać własnej oceny faktów. Autorka mówi tym samym, masz tu, czytelniku, wsad
merytoryczny, a jakie wnioski z niego wyciągniesz, to już twoja indywidualna
sprawa. Twarze obu Beksińskich pokazuje odbite po obu stronach lustra, zestawia
kontrastujące fakty, przez co czasami może wprowadzić czytelnika w
skonfundowanie.
Grzebałkowską świetnie się
czyta. Ma wyrobiony warsztat, wie, co chce powiedzieć i świadomie zmierza do
celu. W „Beksińskich. Portrecie podwójnym” oscyluje na granicy biografii, reportażu
i powieści. Budzi zaciekawienie przedstawieniem nieprzeciętnych osobowości oraz
oddaje nabrzmiały ładunek emocjonalny, skrywany przy kolejnych kontaktach ojca
i syna, niemal podobnie jak warstwy na obrazach Beksińskiego, które żmudnie
zamalowywane przez artystę pokrywały poprzednie wersje dzieła. Ale Grzebałkowską
czyta się świetnie nie tylko ze względu na temat i obiekty zainteresowania,
jakie sobie obrała, lecz także ze względu na jej styl. Zatrzymuje uwagę czytelnika
na z pozoru nic nie znaczących drobiazgach, które pokazując Beksińskich w codziennych
sytuacjach, składają się bardziej na obraz zwykłych ludzi niż lewitujących w obłoczkach
natchnienia twórców. Niczym paparazzi, acz dość dyskretny (czy słowa „paparazzi”
i „dyskrecja” się aby wzajemnie nie wykluczają?), podpatruje ich przez obiektyw
kamery, przesuwa oko po biurku z rozłożonymi pędzlami, zagląda do szafek w
kuchni, wepchnie nos między półki z płytami. Wielki artysta, wybitna osobowość schodzą
wtedy z piedestału i ze swoimi słabościami czy obsesyjnymi rytuałami stają się nam
zwyczajnie bliżsi.
Zdzisław Beksiński
powiedział kiedyś, że dla niego „znaczenie jest (…) bez znaczenia”*)
a „sztuka jest maską”. Może więc czytając biografie, należałoby zastosować
podobny klucz? Dla Beksińskiego liczyła się jego twórczość jako taka, twórczość,
która sprawiała mu przyjemność, inspirowała do poszukiwań, bo (również cytując starszego
Beksińskiego) „(…) nie jest ważne, co się ukazuje, lecz co jest ukryte.”
Szukajmy więc ukrytego tak w jego sztuce, jak i w książce Magdaleny Grzebałkowskiej
pt. „Beksińscy. Portret podwójny”.
Książka pt. „Beksińscy.
Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej ukazała się pod auspicjami
Wydawnictwa Znak.
*) cytat z książki „Beksińscy.
Portret podwójny” Magdaleny Grzebałkowskiej
06/09/2021
PRZEDPREMIEROWA RECENZJA PATRONACKA - "Siedem ślubów mojej siostry" Edyty Kochlewskiej z Oficyny Wydawniczej SILVER
Była zapowiedź premiery, była rozmowa z wydawcą – Iwoną Krynicką z Oficyny Wydawniczej Silver , a już teraz przed Wami (również zapowiadana) recenzja „Siedmiu ślubów mojej siostry” Edyty Kochlewskiej. Książka ukaże się na rynku 8 września 2021 r., a to oznacza, że będzie ją też można zdobyć podczas Warszawskich Targów Książki w dniach 9-12 września. Nie chcę Was zarzucić dobrymi nowinami, ale powiem, że „Siedem ślubów mojej siostry” to po pierwsze – dobra beletrystyka, a po drugie – udany debiut literacki Edyty Kochlewskiej. I jeszcze po trzecie, ale to już gwoli uchylenia rąbka tajemnicy, może niebawem porozmawiam z samą autorką, więc będzie kolejny rarytas. Miłego dnia Wam życzę, Duszki-Poczytuszki👻
![]() |
"Siedem ślubów mojej siostry" Edyty Kochlewskiej/ Oficyna Wydawnicza SILVER |
„O czym marzy dziewczyna,
gdy dorastać zaczyna?” – zastanawiała się swego czasu Irena Santor. A ja
zapytam, czego pragnie kobieta, gdy dojrzewać zaczyna? Pokoju na świecie?
Dajcie spokój, to nie konkurs piękności. Dziewczyna czy kobieta – każda z nich
marzy o odrobinie szczęścia w miłości.
Mnie również ostatnio
dopisuje szczęście, tym razem nawet wielokrotnie, bo przytrafiła mi się
przygoda z nowym wydawnictwem i na dodatek z nową autorką. Przypadek? Nie
sądzę. Do niedawna jeszcze nazwa SILVER Oficyna Wydawnicza nic mi nie mówiła.
Podobnie obco brzmiało nazwisko Edyty Kochlewskiej, która zmajstrowała książkę
pod tytułem „Siedem ślubów mojej siostry”. Ach, autorka to na dodatek debiutantka.
Po co więc sięgałam aż po tyle niewiadomych? To proste. Bo kto nie ryzykuje,
ten się nie dowie, co skrywają liczne znaki zapytania. Tak oto rozpoczęłam,
nazwijmy to, wielobój nowości.
Najpierw research
wydawnictwa, czyli szperanie, co w przestrzeni internetowej piszczy. A tam
SILVER zapowiada, że w swojej ofercie ma, m.in. „powieści, które poruszają tematy
istotne dla dojrzałych kobiet”*). Hmm, myślę sobie, zerkając na
„Siedem ślubów mojej siostry”, ile cukru w cukrze, czyli na ile ta zapowiedź
się sprawdzi po konfrontacji z lekturą.
Dalej wzmianka o
„standardzie druku przyjaznym nie tylko Srebrnym Czytelnikom”*). I
znowu myślę sobie… hmm… choć akurat w tym przypadku od razu widzę, że prawda. Zaraz
przed oczami stanęły mi cooltowe „Dzieci z Bullerbyn” (Wy też zapewne je
pamiętacie), wydanie z powiększoną czcionką i szerszymi odstępami między
wierszami. Och… moje wielce sobie ceniące wygodę oczyska wręcz uwielbiają takie
wersje!
Jeszcze raz łypię niezmęczonym wciąż okiem na samą
książkę, na jej okładkę i wnętrze. Co Wam powiem, to Wam powiem, ale Wam
powiem… ładna. Na wierzchu kwietna łąka tak kipi różanymi akcentami, że aż sama
się przyłapuję na tym, jak chłonę głębiej jej zapach. W środku natomiast na
tytułowych stronicach rozdziałów przebijają się pola koniczyny. Nie próbowałam
wypatrywać czterolistnej, ale kto tam zna intencje wydawcy? Może i co schował w
tych kobiercach? Ale Wy odważnie próbujcie szczęścia.
Inwigilacja autorki pod
kątem literackim przebiegła bez akcji specjalnych, wszak to debiutantka. Skoro
przygotowania poczynione, to teraz mogę przystąpić do dania głównego, czyli
zagłębić się w lekturze.
Do „Siedmiu ślubów mojej
siostry” podeszłam… właściwie bez podejścia. Niczego nie oczekiwałam, na nic
się nie nastawiałam, bo – jak wspominałam – i wydawnictwo nowe, i autorka
nieznana. Przygotowałam pozaliterackie czasoumilacze (zielona herbata oraz
sporych rozmiarów nieziemski placek w wykonaniu mojej kulinarnie zdolniejszej
połowy) i… bujam się niespiesznie w starym fotelu z epoki babciowej z książką w
ręku. Wokół uwijają się bzyki z kwietnej łączki (może nie aż tak różanej jak w
„Ślubach”, ale jednak urodziwej), powiewa wiaterek, rozleniwia żar słońca, a
mnie już sam prolog, powiedzmy, że… zaintrygował. Z każdą kolejną stroną do
tego stopnia przesiąkałam poznawaną historią, że zniknął mój świat, a
kompletnie pochłonął mnie przypadek Zośki – głównej bohaterki.
Zośka od maleńkości zostaje
obdarzona nadmiarem hipnotyzującego uroku. Jako dziecko najpierw czaruje nim
dziadka, wymuszając na nim obietnicę, że nigdy nie pokocha nikogo tak jak jej, bez
trudu zmiękcza duszę i tak dobrotliwej babki. Potem, już będąc podlotkiem, wespół
z innym rezolutnym siedmiolatkiem potajemnie dokonuje pierwszych ślubów. Jej kobieca
żywiołowość zniewala kolejne męskie serca, a w miłosnych szrankach stają (z
różnymi efektami) rozmaite nacje. Ponieważ świat zachwyca Zośkę w każdym
szczególe i z nudą absolutnie jej nie do twarzy, dziewczyna śmiało czerpie z życia
mozaikę emocji, nie roniąc przy tym ani kropli. Tylko na apodyktyczną matkę, hołdującą
drobnomieszczańskiej maksymie „co ludzie powiedzą”, urok Zośki oddziałuje jakby
z mniejszą siłą rażenia. Skoro tyle wokół niej miłości, to czego jeszcze w
takim razie pragnie, czego szuka?
Jeśli o miłości już tyle
powiedziano, jeśli odkryto już wszystko, to czy zostało jeszcze coś do dodania
w tym temacie? Kochlewska chyba też zadała sobie to pytanie i uznała, że
najlepiej będzie pisać o miłości… inaczej, pisać po swojemu. I właśnie styl autorki
uznaję za największy atut „Siedmiu ślubów mojej siostry”. Naśladując branżę
perfumiarską powiem, że w nucie głowy Kochlewska
ujmuje kreacją zielonookiej bohaterki z zadziorną grzywką, w nucie serca
zniewala korowodem kipiących emocji, a w nucie głębi magnetyzuje stylem
opowieści, kształtując ekspresyjny obraz estetyki literackiej. Dlatego nie
zdziw się czytelniku, gdy podczas lektury „Siedmiu ślubów” odczujesz aurę
zapachów niczym z „Jasminum” Kolskiego czy „Pachnidła” Süskinda. A wszystko to dzięki sile
sprawczej głównej postaci, której towarzyszy oszałamiająca i zmienna feeria wonności
rozsiewanych przez nią samą. Dla mężczyzn ta zjawiskowa kobieta pachnie jak
marzenie, a smakuje jak ideał.
Tworząc nastrój autorka, wzorem własnej bohaterki, owiała
mnie zwiewną narracją, przeniknęła ulotnością, pozostawiając przy tym niezapomniane
wrażenia. Spod jej pióra opowieść płynie niczym historia snuta po latach w dobrym
towarzystwie. Tu czas łagodzi ból nabitych dawniej guzów, poczucie humoru zaciera
ostre kontury przykrych wspomnień, z tła wyłaniają się chwile składające się na
pogodny i optymistyczny obraz niezwykłych perypetii Zośki. Szczególnie przypadł
mi do gustu oryginalny sposób autorki na niby en passant rozrzucone
sceny, które do laurkowej rzeczywistości wnosiły zapowiedź nadciągającej
zmiany. Jedne z nich zapowiadały się całkiem niewinnie, inne niczym burza z
piorunami były bardziej brzemienne w skutkach. Krótko mówiąc, narracja po
prostu unosi się w powietrzu jak zapach, spowijając czytelnika nie tylko pachnidłami.
Wspominałam już, że
Kochlewska stawia na wrażenia? Aby były pełniejsze, przydaje im muzykę. Ta
również nie trafia tu przypadkowo. Pobrzmiewa Stare Dobre Małżeństwo, Osiecka
czy choćby Fleetwood Mac. I nie muszę chyba dodawać, że fragmenty utworów mają
swoje znaczenie. Elektryzują, zaklinają, zdradzają, splatając się z nastrojem
lub akcentując podteksty.
Biorąc pod uwagę tytuł, przyjęłam
(acz niesłusznie), że poznam siedem historii miłosnych. Siódemka symbolizuje
wszak pełnię i doskonałość, więc jedna miłość nie ma szans usatysfakcjonować
ani gorącokrwistej bohaterki, ani mnie jako, a co się będę krygować,
doświadczonej czytelniczki. Jednak nie doceniłam autorki, gdyż ta idzie o niebo
dalej. Wyobraźcie sobie, że w „Siedmiu ślubach” naliczyłam miłosnych wątków dużo
więcej. (Ponieważ doskonała siódemka utożsamia też zapomnienie, więc może i
samej autorce też uleciało z wiatrem, że rozpędziwszy się z bogactwem pomysłów,
przekroczyła tytułową cyfrę.) Nie zmienia to faktu, że czoło romantycznego maratonu
bezapelacyjnie otwiera osoba Zośki, z jej malinowo-jaśminowo-truskawkowo-migdałowo…
i Bóg raczy wiedzieć jakimi jeszcze tonacjami. (A propos mistycznych klimatów,
szepnę tylko, że co najmniej w jednej z przygód także Jezus bezpośrednio swe
paluchy macza.) Ale wcale nie mniej rozczulające są kulisy pachnącej jałowcem mocno
kłującej miłości rodziców Zośki czy kolczasta relacja matka-córka. Każda z nich
zasługuje na miano osobnego opowiadania, jest jak pąk czekający na pełne
rozkwitnięcie.
Niewątpliwie wątki miłosne
dominują w „Siedmiu ślubach mojej siostry”, lecz nie brak tu także plastycznego
obrazu prowincji (Jezusicku Nazareński, czy Nowy Sącz mi to wybaczy?) przedstawionej
w okresie kolejnych 35 lat, bo taki przedział czasowy, zaczynając od lat
siedemdziesiątych, obejmuje powieść. Obecnie Zośka dobiegałaby właśnie
pięćdziesiątki, jak sądzę. Czytając jej perypetie, przypominałam sobie
Pewexowskie klimaty i PRLowską przaśność. Kontrast epoki jawi się tym większy,
że zestawiony został ze zgniłym Zachodem, tfu… zamożnym Wschodem, bo Zośka
wyfrunie na początku lat dziewięćdziesiątych za mamoną do Izraela. Dopiero potem
pogna do gorącej Hiszpanii, zacumuje też w skąpanej w słońcu Italii. Ale za
każdym razem wraca do siebie, do domu. A tu zachodzi ryzyko konfrontacji z
matką, dla której ślub córki jest rodzinnym celem strategicznym numer jeden, a wyszykowanie
go specjalnie dla ciekawskich oczu sąsiedzkiej gawiedzi celem strategicznym
numer dwa. Więcej punktów program rodzicielki nie zawiera. No, może jeszcze
kilka pomniejszych rodzinnych fiksacji by się znalazło, ale to już o zupełnie
drugorzędnym znaczeniu. Natomiast Zośka, w wersji małoletniej i dorosłej, marzy
tylko o szczęściu w miłości…
Jejku, chyba czas kończyć.
„Siedem ślubów mojej siostry” Edyty Kochlewskiej zrobiło na mnie naprawdę
pozytywne wrażenie. Przyczepiłabym się do drobnostek w stylu, że może zbyt
niecierpliwie niektóre sceny zarysowane, jakby konstruowane na chybcika, ale
przypominam, że to przecież debiut autorki. Konkludując, lektura „Siedmiu
ślubów mojej siostry” otuliła mnie wielce aromatyczną opowieścią, przyjemnie
nastroiła i pozwoliła przeżyć niebanalne chwile w Zośki towarzystwie. Nieraz
kręciłam głową z niedowierzaniem, czasami miałam wątpliwości, czy aby wszystko
z Zośką w porządku, gdy trzeba było, podtrzymywałam ją na duchu (na szczęście
dla mnie i dla niej sporadycznie, bo dziewczyna doskonale sobie radzi), a potem
znowu żyłam w pełni, kochałam, szalałam, śmiałam się, cieszyłam i chwytałam z
nią kolejny dzień… bo historia Zośki łączy pragnienia. Wam też życzę podobnych
wrażeń.
Za patronat recenzencki nad książką pt. „Siedem ślubów mojej siostry”
autorstwa Edyty Kochlewskiej dziękuję SILVER Oficyna Wydawnicza.
*) cytaty zaczerpnięto ze strony www.silverow.pl
Dodatkowo wywiad z autorką "Siedmiu ślubów mojej siostry", Edytą Kochlewską, można przeczytać, klikając w link poniżej:
Edyta Kochlewska, autorka "Siedmiu ślubów mojej siostry", w "Rozmowach z Duszkiem"
03/09/2021
Gość "Rozmów z Duszkiem" - Iwona Krynicka - założycielka Oficyny Wydawniczej SILVER
Do tej pory w cyklu "Rozmów z Duszkiem" gościli pisarze i pisarki, poetki i poeci, blogerki. Jednym słowem przedstawiciele świata kultury. Jednak nie miałam okazji spotkać się z osobą reprezentującą wydawnictwo. Teraz zaproszenie do "Rozmów z Duszkiem" przyjęła osoba nie tylko reprezentująca wydawnictwo, lecz kobieta, która to wydawnictwo stworzyła od podstaw, dała mu serce, nadała realny kształt, uwielbia je, zarządza nim i rozwija.
Drogie Duszki-Poczytuszki👻,
przed Wami Iwona Krynicka - założycielka Oficyny Wydawniczej SILVER. Duszkowa rozmowa przeobraziła się w istny wywiad-rzekę, dzięki czemu mogłyśmy poruszyć mnóstwo tematów. Dowiecie się, m.in.
👉 jak zrodził się pomysł na SILVER,
👉jak łączą się losy fikcyjnych bohaterów i prawdziwych czytelników,
👉 o niezwykłych efektach lektur z SILVER,
👉jakie książki z Oficyny Wydawniczej SILVER zostały dostrzeżone w konkursie "Brakującej Litery",
👉 o tematyce książek wydawanych w SILVER,
👉o debiutanckiej powieści Edyty Kochlewskiej pt. "Siedem ślubów mojej siostry", której premiera już na początku września 2021 r. (zapowiedź znajdziecie tu ZAPOWIEDŹ).
I dużo innych spraw, o których w bardzo interesujący sposób moja Gościni opowiada.
Jest również wątek poświęcony akcji #SzczepimySięDuszkiem.
![]() |
Iwona Krynicka - założycielka Oficyny Wydawniczej SILVER (fot. archiwum SILVER) |
zapraszam Was do obejrzenia wywiadu-rzeki z Iwoną Krynicką - twórczynią Oficyny Wydawniczej SILVER😄 Szykujcie wygodny fotel, filiżankę ze świeżo zaparzoną herbatą (może kawą?) i wysłuchajcie inspirujących historii z życia wziętych.
Gość "Rozmów z Duszkiem" - Iwona Krynicka z Oficyny Wydawniczej SILVER
Więcej informacji na temat Oficyny Wydawniczej SILVER można znaleźć, klikając poniższy link👇
-
Zapraszam na wywiad z Panią Elżbietą Sidorowicz autorką książki pt. "Okruchy gorzkiej czekolady". Książka ukazała się nakładem Wy...
-
Agata Suchocka "Tydzień z życia Adeli"/ Oficyna Wydawnicza SILVER Jestem przekonana, że gdyby Czesław Niemen peregrynował „Tydzi...
-
Magdalena Jasny - autorka "Farmagii" ze smokami Czytam duszkiem : Moją rozmówczynią jest dziś Pani Magdalena Jasny, autorka książk...